logonajstarszy wizerunek godła Lublina Sekcja ROBIĘ prezentuje receptury które materializuję; PROMUJĘ to rzeczy polecane, biorę od znajomych; MAM to zapasy, mienie powarsztatowe, promo itp., BAZA to opisy składników, źródła itp. itd.
 
Wszystkie prezentowane tu treści mają charatkter jedynie informacyjny, są moimi opiniami, których źródła chętnie udostępnię. To prywatna strona, dla Bliskich i Przyjaciół, ale nie mam nic do ukrywania, więc jest dostępna dla wszystkich. Prawa autorskie w stopce.
lędźwian,
olejki eteryczne,
chemia (DMSO, chlorek magnezu, boraks, kwas l-askorbinowy, soda oczyszczona, nadtlenek wodoru, rafinowany olej kokosowy, tiosiarczan sodu, ziemia okrzemkowa)...
odwrócona osmoza i inne filtry wody,
różności z zielonyklub.pl, ecospa.pl, BioMus...
 

 Konopie

/topanatopie5.JPG
Zadebiutowałem w tym roku jako rolnik. A przynajmniej kandydat na rolnika, bo formalne wykształcenie w tej dziedzinie dopiero przede mną. Wspólnie z kumplami wyhodowaliśmy hektar konopi siewnych. Głównie na potrzeby swoje i naszych Bliskich. Cenne jest tu wszystko, kwiatostany na tzw. olejek CBD, liście na herbatki, nasiona na olej i do jedzenia, korzeń do kremów i maści, łodygi na beton konopny, doskonały materiał budowlany. A kolejne zastosowania pojawiają się na bieżąco. Oszacowano że jest ich około... pięćdziesiąt tysięcy.
 
Uprawiamy tak dużo, bo takie były wymogi prawne: nie można było zgłosić i hodować mniej niż hektar. Okazało się to jednak korzystne na wiele różnych sposobów. Mogliśmy sobie pozwolić na ekstremalnie ekstensywną, czyli całkowicie naturalną uprawę. Nawet przy niewielkich plonach, bez żadnego przymuszania roślin, by dały z siebie więcej, zebraliśmy dość na własne potrzeby, a zostało jeszcze sporo do odsprzedania, eksperymentów itd. Poza tym większość została w tym roku na polu, konopie same użyźniają glebę i bez płodozmianu przez lata rosną coraz lepiej „na własnym nawozie”. Bez jakiegokolwiek nawożenia, bez pielenia, rośliny rosły tak jak naturalnie /topanatopie4.JPGwystępujące w naturze konopie, tzw. samosiejki. Same musiały radzić sobie z konkurencją, szkodnikami, nie zawsze najlepszymi warunkami. Dzięki temu nie urosły ogromne, z wielkimi kwiatostanami, jak konopie na plantacjach – podlewane, nawożone, przycinane, odchwaszczane itd. itp. Ale w świecie flory obowiązuje ta sama zasada, którą Nietzsche ujął w słowach: Was mich nicht umbringt, macht mich stärker. Także to co nie zabiło konopi, uczyniło je silniejszymi. Rośliny zmagające się ze środowiskiem bez pomocy z zewnątrz, wytwarzają więcej substancji czynnych, bo to one chronią je przed szkodnikami, promieniowaniem UV, chorobami. Tak, kannabinoidy i terpeny nie powstają po to by robić ludziom dobrze, tylko są dla konopi substancjami ochronnymi. Nawożenie i pryskanie i wszelkie chuchanie i dmuchanie powoduje, że roślina nie musi walczyć, więc nie ma motywacji do wytwarzania samodzielnie tego co ją chroni. Trochę podobnie, by lepiej zilustrować to zjawisko - dzikie jabłuszko, maleńkie i - brzydko mówiąc - brzydkie, będzie mieć więcej witaminy C, niż wiadro wielkich jabłek, jakie sprzedają w markecie. Z drugiej strony w celu maksymalizacji ilości żywicy w której znajdują się te cenne dla nas substancje, hoduje się konopie tak, by nie doprowadzić do zapylenia żeńskich kwiatów. Wtedy „panie” faktycznie produkują jej więcej, zamiast /topanatopie3.JPGwytwarzać nasiona. W przypadku odmian siewnych, przemysłowych, gdzie chodzi przeważnie właśnie o nasiona, takiej możliwości nie ma. Te odmiany są jednopienne, tzn. na jednym krzaczku rosną zarówno kwiaty męskie jak i żeńskie i nie da się usunąć samców przed zapyleniem. Ale i to jest korzystne, gdyż takie niespełnione samice tracą na wartości. Tu nie ma jeszcze jakiś kompletnych badań (choć ich ilość z roku na rok rośnie i o właściwościach konopi nasza wiedza wzrasta wręcz wykładniczo), ale kilkukrotnie spotkałem się z opiniami badaczy, którzy sugerowali podobne zjawisko, jak w przypadku... kur. Otóż wciąż niewielu ludzi – niestety! - wie, że kura, która żyje bez koguta, nie daje pełnowartościowych jajek. Przeciwnie, uwalnia do nich toksyny zamiast substancji wspierających przyszłego dzidziusia. Natura nie ugina się przed ludzkim zyskiem. Sumując ten temat, uważam że najlepsze konopie to te dzikie (cannabis ruderalis), w których np. THC bywa jeszcze mniej niż w odmianach przemysłowych, ale mają synergiczną moc. Skoro już piszę o najbardziej znanym składniku aktywnym konopi, tym który ma działanie psychoaktywne i którego zawartość hodowcy starali się zwiększać od dekad – to jeszcze jeden przykład. /topanatopie7.jpgAby zawartość THC była jak najwyższa, rośliny zbiera się zaraz po wytworzeniu żywicy w kwiatach, gdyż powietrze i światło powodują jego rozpad. Tylko że jedynie w wyniku takiej degradacji THC powstaje inny kannabinoid: CBN – kannabinol, który haju nie daje, za to ma działanie uspakajające, antybiotyczne czy przeciwbólowe.
 
/topanatopie6.JPGRoślinki rosły praktycznie jak samosiejki, bez ingerencji w ich rozwój. Większa część, jak już pisałem, została na polu, nasionka padły głównie łupem małych ptaszków z całej okolicy, w konopnym lasku buszowały sarny, borsuki, bażanty… A my chodziliśmy i wybieraliśmy co ładniejsze kwiatostany, liście, czy całe rośliny. Dawniej gdy czytałem o „ręcznie selekcjonowanych” liściach czy owocach np. w przypadku drogich herbat, nie wierzyłem w takie zapewnienia, że komuś się chce chodzić i wybierać. Teraz sam znalazłem się w takiej sytuacji, polując godzinami na najbardziej dorodne okazy (jedna z najprzyjemniejszych prac, jakie w życiu wykonywałem :)
 
Sialiśmy ręcznie, zbieraliśmy ręcznie, suszyliśmy naturalnie, na siatkach rozpiętych w przewiewnej stodole, przesiewaliśmy zwykłymi sitami. Tam gdzie potrzebne były maszyny, przy odsiewaniu ziaren, albo mieleniu, używaliśmy starych urządzeń – drewnianej wietrzni, śrutownika z kamiennymi żarnami. No i traktor przy bronowaniu, bo nie szło ręcznie we trzech... Mnóstwo roboty, jakieś błędy i straty, ale wiem co mam(y), a w kolejnych latach ziemia i konopie odwdzięczą się, dając więcej.
 
A teraz to i owo o wyrobach, które z naszych konopi zrobiliśmy. Zwłaszcza że niektóre robimy na sprzedaż, mamy za wiele na własne potrzeby i wolno je sprzedaać. Później opiszę też inne, które robię już tylko dla swoich, by nie popaść w konflikt z tzw. prawem.
   
Napar z liści konopi
Ponoć nie można już oficjalnie stosować w przypadku konopi nazwy herbata/herbatka, zatem niech będzie napar :)
/herbatka z lisci.JPGW zielu konopi najbardziej poszukiwanymi, najcenniejszymi składnikami są kannabinoidy. W liściach jest ich znacznie mniej niż w kwiatach. Ale nadal są, a poza tym w liściach jest sporo innych cennych substancji, których jest mniej bądź nie ma wcale w innych częściach rośliny, albo giną one w procesie wytwarzania tzw. olejku CBD. A konopie najlepiej działają w całości, mówi się o tzw. efekcie anturażu (franc. entourage = otoczenie), co oznacza że wspomniane kannabinoidy najlepiej działają w towarzystwie/otoczeniu innych składników konopi.
W liściach zatem mamy chlorofil (zazwyczaj usuwany z innych wyrobów konopnych1), który oczyszcza organizm, przeciwdziała starzeniu, polepsza gojenie się ran, jest krwiotwórczy (posiada/susz z lisci paczka.JPG skład zbliżony do krwi, dzięki czemu dostarcza składników do jej budowy), ma też działanie przeciwtrądzikowe. Jest w nich też sporo polifenoli, silnych antyoksydantów. Dalej, w liściach mamy żelazo, cynk, potas, magnez, fosfor, a także błonnik.
Dzięki temu przypisuje się im szereg właściwości prozdrowotnych, głównie oczyszczanie organizmu i przeciwdziałanie procesom starzenia, przywracanie równowagi hormonalnej i wiele innych. Dla mnie osobiście główne wskazanie do picia naparu z liści to wsparcie kuracji preparatami zawierającymi kannabinole. Konopie najpełniejszy wpływ na ludzki organizm mają przyjmowane w całości. Do dziś wykryto już ponad tysiąc aktywnych substancji zawartych w tej roślinie, a praktycznie nie ma sposobu, by przyjmować je wszystkie naraz. Napar z liści ma też delikatniejszy smak niż napar z kwiatów czy korzeni.
 
Ciekawostka: na naparze z liści konopnych od jakiegoś czasu nastawiam też kombuchę, Daje radę, choć „grzybek” nie rośnie tak mocno, jak na herbacie, więc dodaję teraz odrobinę tej drugiej. Smakuje trochę inaczej, bardziej wytrawnie i nie sądzę, aby straciła przez to na wartości.
 
Napar z kwiatostanów
/susz topy.JPGNa dojrzałych kwiatach konopi znajdują się cenne kannabinoidy2. Pewne uogólnienie dotyczące roli kannabinoidów obejmie ich wpływ na wszystkie problemy związane ze stresem (który dotyczy przecież prawie wszystkich chorób, więc można by napisać że konopie leczą wszystko poza śmiercią ;), wpływając na poprawę samopoczucia, redukcję stanów lękowych, bezsenności itp., reguluje apetyt, a szerzej, pracę układu trawiennego, w tym niweluje nudności. Ma też działanie redukujące stany zapalne, padaczki, spastyczność mięśni, alergie, niweluje bóle przewlekłe, czy wreszcie zwalcza albo spowalnia rozwój różnego rodzaju komórek nowotworowych. Coś pominąłem? Na pewno. Konopie są najstarszą rośliną leczniczą znaną ludzkości, i w tej dziedzinie także najwszechstronniejszą.
Ważne jest dawkowanie, a nawet proporcje pomiędzy poszczególnionymi składnikami w różnych odmianach3.
/susz topy paczka.JPGBardzo istotne w działaniu konopi są też terpeny/terpenoidy, substancje zapachowe zawarte w konopiach i wielu innych roślinach. To zawartość i proporcje pomiędzy terpenami decydują o tym jak konopie wpłyną na organizm4. Tu ponownie można by długo rozpisywać się o właściwościach poszczególnych terpenów, ale ograniczę się do informacji podstawowej. Otóż ponownie ważny jest efekt anturażu, czy przyjmowania możliwie wszystkich składników aktywnych konopi. W przypadku koncentratów nazywanych olejkami CBD, przeważnie terpenów nie ma, wyparowały po drodze. Napar pomoże uzupełnić ten brak. A wracając do kannabinoidów, w roślinie choćby te dominujące czyli CBD w konopi siewnej bądź THC w konopi indyjskiej, występują w postaci kwasów – odpowiednio zapisywanych jako CBDa i THCa. Dopiero odpowiednie podgrzanie przekształca je w formę neutralną, tę ”właściwą”5. Ponownie w przypadku tzw. olejku CBD kannabinoidów w postaci kwasowej zwykle już nie ma6. A okazuje się, że one również posiadają cenne właściwości. Np. większość z nich redukuje stany zapalne czy zmniejsza rozwój niektórych typów komórek nowotworowych. W przypadku naparu mamy do czynienia właściwie tylko z nimi, więc znów, warto uzupełniać taką formą terapię koncentratem. I tu jeszcze jedna ważna uwaga: kannabinoidy rozpuszczają się w tłuszczach, nie w wodzie. Mimo wszystko jednak „bąbelki” na kwiatostanach, które zawierają żywicę z kannabinoidami rozpadają się w gorącej wodzie, więc część trafi do organizmu. Zwłaszcza CBDa, pod warunkiem że zaparzanie trwa odpowiednio długo – 5-8 min (nie dłużej, bo później ta zawartość maleje). Ale warto spożywać napar z dodatkiem tłuszczu, wtedy rozpuści się ich więcej. Może to być np. olej kokosowy czy tłuste mleko, śmietana...
 
Matcha konopna
/matcha.JPG/matcha paczka.JPGMatcha to zielona herbata, którą hoduje się w taki sposób, by wytworzyła jak najwięcej chlorofilu, a następnie dokładnie mieli, by podczas zaparzania jak najwięcej substancji czynnych wchłonął organizm. By zmaksymalizować efekt, nie tylko miesza się ją bardzo dokładnie, ale wypija wszystko, łącznie z herbacianymi fusami. W przypadku konopi postępujemy podobnie. Wprawdzie nie zacieniamy pola by zmusić rośliny do nadprodukcji chlorofilu, ale kwiatostany z których usuwamy ziarenka, są dokładnie rozdrobnione. Są też zbierane odpowiednio wcześnie, kiedy pojawi się już żywica, ale chlorofilu jeszcze nie ubywa. Rezultat jest podobny, wchłaniamy więcej, po wypiciu zjadając wszystko do spodu. W tym przypadku nie trzeba też dodawać tłuszczu do napoju, wystarczy wypić napar trochę przed posiłkiem zawierającym tłuszcze (uwaga przy okazji: nie pijemy w trakcie jedzenia, no chyba że ocet :).
 
Susz do waporyzacji
/susz do wapo.JPGTo co różni susz do waporyzacji od kwiatostanów suszonych pod dachem, to udział słońca. Słońce pozbawia roślinę chlorofilu, a w naszej szerokości geograficznej nie jest na tyle silne, bo znacząco zredukować zawartość czynnych składników w żywicy. W ten sposób susz zachowuje moc (a konkretniej - kannabinoidy), ma silniejszy smak, z braku chlorofilu bardziej przypominający tytoń. Pomysł zresztą został zainspirowany tytoniami azjatyckimi, które suszy się właśnie na słońcu. A że przyjmuje się że konopie pochodzą z okolic Ałtaju, to zostały potraktowane jak azjatycki tytoń :) Myślę że to niezłe rozwiązanie dla rzucających Ja widać, na starych etykietkach jeszcze jest jaranie...palenie, sam na to nie wpadłem, niektórzy biorący od nas taki susz sami mówią że używają go w tym celu. Ale nie mogę tego sugerować oficjalnie, gdyż wszystko co jest przeznaczone do spalania musi być zbadane pod kątem zawartości ciał smolistych (a, i akcyza jest od wszystkiego do palenia...). Nieważne czy szkodliwość będzie mniejsza czy radykalnie mała w porównaniu z przemysłowymi wyrobami tytoniowymi. Sam też palenia nie polecam, skoro są zdrowsze rozwiązania. W tym przypadku będzie to waporyzacja, podgrzewanie odpowiednim urządzeniem do temperatury, w której substancje aktywne uwalniają się (50-220 oC w zależności od konkretnego kannabinoidu), a jeszcze nic się nie spala. Waporyzacja suszu jest efektywna, a przy tym tania, w porównaniu choćby z ekstraktami, więc polecałbym tą metodę w przypadkach, gdy nie jest istotna wyliczona precyzyjna dawka, a nie są potrzebne duże regularnie przyjmowane dawki. Np. przy padaczce czy astmie, bądź łagodzeniu bólu efekt bywa widoczny szybko, więc waporyzacja wystarcza. 
Oczywiście zwykły susz z kwiatostanów też można waporyzować, zasadnicza różnica jest w smaku - i ten według mnie jest smaczniejszy, ale to kwestia gustu. Jeszcze uwaga dotycząca nasionek - jak widać na zdjęciu w paczce z drobniej zmielonym suszem - są tu nasionka (w grubszym i drobniejszym suszu jest ich proporcjonalnie tyle samo, po prostu w paczcie układają się inaczej). Nie usuwamy ich z dwóch powodów - raz że przy odzyskiwaniu nasionek, niezależnie od metody, część żywicy z kannabinoidami przepadnie, dwa, że wśród tzw. growerów, fachowców od hodowli i tworzenia nowych odmian marihuany od kilku lat pojawił się trend powrotu do natury. Najpierw była to jak najbardziej organiczna uprawa, wreszcie odejście od feminizowaniai usuwania roślin męskich, a co za tym idzie bez nasion. Niektórzy, jak Kevin Jodrey, nawołują do tego wprost, by palić zioło z nasionami, jego koledzy zaś, choć przyznają mu rację, przeważnie jeszcze nie promują takich odmian. Po wielu dekadach maksymalizowania produkcji żywicy to radykalna zmiana,do której trzeba przyzwyczaić klientów. A susz konopi, bogatej w THC czy nie, jest stosunkowo drogi, zaś nasionka ważą - i prawie nie zawierają kannabinoidów, wiec tych ostatnich jest w gramie po prostu mniej. Niemniej i w tym przypadku działa efekt anturażu, roślina bliższa naturze, w całości, daje ostatecznie więcej.
 

 Ekstrakt konopny

To jest to, co zwykle sprzedaje się pod nazwą: olejek CBD. Dlaczego używam innej nazwy? Po pierwsze, wprawdzie tego kannabinoidu jest najwięcej i jego działanie, obok THC, jest najlepiej poznane, to działają wszystkie kannabinoidy i inne substancje aktywne razem. Pisałem już o tym w paru miejscach – to tzw. efekt anturażu – który nawet jeśli bywa spłycany do samych kannabinoidów, to jednak do wszystkich. Myślę że to o tyle istotne, by nie ograniczać nazwy do dominującego kannabidiolu, gdyż przemysł farmaceutyczny jeśli tylko da radę, zastępuje substancje naturalne, ich otrzymanymi sztucznie, wyizolowanymi odpowiednikami – dużo łatwiej je badać, a przede wszystkim można je opatentować. Od jakiegoś czasu trwają prace nad samym CBD wytwarzanym przez genetycznie zmodyfikowane bakterie. Jeśli uda się to zastosować komercyjnie, to rynek zostanie zdominowany przez taki właśnie olejek CBD. Będzie znacznie tańszy i wielokrotnie bardziej promowany. Stanie się to - co też już wcześniej wspominałem – co ma miejsce z witaminą C: ilu ludzi ma świadomość, że witamina C w postaci skondensowanej to np. dzika róża czy acerola, a nie wyizolowany kwas askorbinowy z Chin? Z tego powodu obecna sytuacja na rynku „olejków CBD”, z bardzo wysokimi cenami i prawdziwą wolną amerykanką w tym co wytwarzają i jak opisują swoje wyroby producenci jest dla przemysłu farmaceutycznego bardzo na rękę.
Według mnie, należy nazywać go zatem albo ekstraktem/wyciągiem kannabinoidowym albo po prostu konopnym. Słowo olejek też prowadzi do nadużyć, bo ludzie mylą „olejek” z olejem konopnym z nasion. Albo są celowo wprowadzani w błąd. Jest taki duży producent wyrobów konopnych, który specjalizuje się w takich niedomówieniach i ukrytych sugestiach, od "indyjskiej" nazwy poczynając. Ba. jest nawet producent wytwarzający prasy do tłoczenia CBD z nasion konopi (w których nie ma przecież prawie wcale kannabinoidów).
Po drugie, nie robię produktu. To znaczy, nie mogę swojego ekstraktu sprzedawać. „Olejek CBD” ma status suplementu diety. Aby móc produkować suplement, trzeba spełnić dużo poważniejsze wymagania i zapłacić za badania, niż w przypadku kosmetyków. Nie stać nas i nie mamy warunków. Choć nie brak desperatów, a raczej jest ich cała masa, którzy sprzedają „olejki CBD” rozpisując się w opisach nad ich dobroczynnym wpływem na zdrowie, ale na końcu podając formułkę, że produkt nie jest przeznaczony do spożycia Albo jakieś zmyślone historie, że prawo w Polsce jest w tej kwestii niejednoznaczne, więc na wszelki wypadek nie jest to produkt dla ludzi. Co ciekawe często takie „kolekcjonerskie” olejki nie ustępują cenom normalnie zarejestrowanych wyrobów o statusie suplementu… Cała ta sytuacja powoduje, że choćby i w tym roku (2020), przemysł farmaceutyczny będzie w stanie (oczywiście za pomocą instytucji państwowych) wyczyścić rynek z większości tych manufaktur, a pozostałe suplementy będą tak drogie w stosunku do aptecznych, standaryzowanych wyrobów, że mało kto będzie po nie sięgał.
Napiszę zatem trochę więcej o tym, co jest sprzedawane, bo poziom dezinformacji na rynku jest niesamowity i przeciętny amator kuracji konopnej zwykle nie ma pojęcia komu zaufać i jakie są różnice między poszczególnymi „olejkami CBD’.
 
Metody ekstrakcji
Sposób w jaki pozyskuje się wyciąg z konopnej żywicy, czyli ów (nie)sławny „olejek CBD” to pierwszy punkt, w którym ilość mitów zwykle bije na głowę podawane fakty. Możliwych metod ekstrakcji jest bardzo wiele, ale tych efektywnych już tylko parę. Przede wszystkim są to rozpuszczalniki takie jak: alkohole, propan, butan, heksan, eter, nafta i najbardziej popularna ekstrakcja tzw. nadkrytycznym CO2. Każda z nich ma plusy i minusy i każdą z nich można uzyskać dobry, bezpieczny wyrób albo toksycznego bełta. Zależy to od tak wielu czynników, że potrzeba by wiele stron tekstu na ich opisanie, i to wcale nie szczegółowe. Dlatego przedstawiam tu tylko główne moim zdaniem sprawy. Zacznę od tej najpopularniejszej metody, czyli użycia dwutlenku węgla doprowadzonego do odpowiedniej postaci, czyli wspomnianego nadkrytycznego CO2. Prawie zawsze stosujący ją piszą - „najlepsza istniejąca metoda”. I teoretycznie, potencjalnie jest to prawda, ale w praktyce wygląda to inaczej. W przemysłowej dokumentacji i podobnych opracowaniach pisze się o niej jako o „postrzeganej przez klientów za najbezpieczniejszą”. I to już jest prawda. Przysłowiowy Kowalski, który chce kupić ekstrakt z konopi, mając do wyboru metody oparte na dwutlenku węgla, etanolu, butanie czy heksanie, oczywiście uzna ten pierwszy za najbezpieczniejszy. Przecież jeśli po ekstrakcji zostaną jakieś resztki rozpuszczalnika, to CO2 nie zaszkodzi nikomu. Czego już Kowalski z kumplami nie wie, to fakt, że akurat dwutlenek węgla jest spośród wymienionych najmniej efektywny i nie dość, że wymaga najbardziej zaawansowanego sprzętu i największej ilości energii i czasu, to zwykle wymaga też współrozpuszczalnika. To dodatkowa substancja, która konieczna jest w procesie ekstrakcji. Może być to mocno toksyczna chemia, ale producenci ekstraktów już o tym nie wspominają, a wprost o nią pytani, nie odpowiadają („używamy zastrzeżonej technologii”). Ale to nie wszystko. Monopolista po tej stronie Wisły, czyli instytut w Puławach, który usługowo tłoczy ekstrakt z dostarczonego materiału, robi to w ten sposób, że naraz przetwarza się przemysłowe ilości, czyli susz dostarczony przez różnych producentów poddawany ekstrakcji jest razem. Czyli nieważne, że mam organiczne, czyściutkie konopie, gdy olejek który otrzymam, jest mieszanką z różnych miejsc i roślin podlewanych roundupem czy dowolnym świństwem. Nie sądzę też (choć nie mam pewności), że sprzęt w Puławach został wyprofilowany pod kątem kannabinoidów. Chodzi o to, że ekstrakcja nadkrytycznym CO2 może faktycznie być najbardziej precyzyjna, tzn. jeśli całe urządzenie zostało odpowiednio wytworzone, to może ekstrahować nawet wybrane kannabinoidy z pominięciem pozostałych. Ale ekstrakcja w Puławach odbywa się na sprzęcie wykorzystywanym wcześniej do chmielu, więc nie ma tu jakiejś optymalizacji. Tu mogło się coś zmienić, może coś poszło do przodu, ale jeśli słyszę tylko o „unikalnych procesach opartych na zastrzeżonych technologiach”, to wolę sobie ekstrakt z konopi zrobić sam - i mieć pewność co do całego procesu.
Z wszystkich pozostałych metod najprostsze i bardzo efektywne są alkohole i nafta. Słynny olej Ricka Simpsona (RSO) jest wytwarzany przez jego twórcę nawet przy użyciu izopropylu, czego sam bym nigdy nie zaryzykował (po lekturze „Kuracji Życia” Huldy Clark). Używam zwykłego spirytusu spożywczego najwyższej jakości, nawet w razie gdyby jakieś jego resztki się ostały, to co? Na dobrą sprawę po ekstrakcji można by nie pozbywać się w ogóle alkoholu, tylko mieć naleweczkę konopną, no ale są dzieci i abstynenci :) Z naftą medyczną też nie miałbym oporów, ale najpewniejsze źródło jeśli chodzi o czystość mam właśnie w postaci etanolu. Przy tym sprzęt do ekstrakcji jest względnie tani, a sam proces bezpieczny. Wprawdzie by w pełni zabezpieczyć całość terpenów przed ulotnieniem się, potrzeba by bardziej zaawansowanych urządzeń, by móc kontrolować ciśnienie i temperaturę procesu, ale taką stratę rekompensuję dodatkowymi terpenami z chmielu i paru innych roślin, które dzielą te substancje z konopiami (nie wymieniam ich, też zostawię sobie „unikalny proces oparty na zastrzeżonej technologii”, a co ;)
W procesie ekstrakcji ograniczam ilość wyciąganego z rośliny chlorofilu. Spirytus ekstrahuje wszystko jak leci – z chlorofilem i woskami włącznie, co daje ekstrakt gęstszy i bardziej gorzki. Typowy użytkownik ma z tym problem, zakraplacz może się przytykać, a że kropelki najlepiej pozostawić pod językiem do wchłonięcia przez ślinianki, smaku nie da się uniknąć. Dlatego częściowo omijam te niechciane dodatki, skoro nie używam tego ekstraktu sam, ale mimo wszystko wspominany efekt anturażu traktuję całościowo – chcę mieć w ekstrakcie wszystko, choćby ciut…
 
Wspomniałem chmiel. To najbliżej spokrewniona z konopiami roślina, do tego stopnia, że wytwarza niewielkie ilości kannabinoidów7. Mimo że nie jest ich w chmielu dużo, to prof. Andrzej Frydrychowski odkrył, iż między wyciągami z obydwu roślin zachodzi silna synergia, tak że chmiel istotnie wzmacnia działanie konopnych kannabinoidów (dobrze znanym przypadkiem takiego wzmocnienia, gdzie nieznaczne ilości jednej substancji bardzo potęgują działanie innej to wpływ piperyny z pieprzu na kumarynę z kurkumy). Odkrycie to zaowocowało jedynym znanym mi jak dotąd produktem łączącym olejek konopny z chmielem, wytwarzanym pod marką DrAndre. Olejek ten jest stosunkowo drogi, a przy tym aktualnie niedostępny. Albo działa tak dobrze, że producent nie nadąża za popytem, albo dołączył do listy nękanych przez tzw. organy9. Jakby nie było, dobrze że prof. Frydrychowski, który jest wg mnie jednym z nielicznych utytułowanych naukowców i lekarzy, który nie działa pod presją farmacji, podzielił się tym odkryciem. Ekstrakt z chmielu, który dodaję do wyciągu konopnego wytwarzam sam, bo nie znalazłem żadnego pewnego gotowego źródła, tu również starając się o wyciągnięcie z rośliny wszystkich składników aktywnych. Szkoda, że nie poprawia przy okazji smaku, sam nigdy nie gustowałem w chmielu w żadnej postaci, no ale o smaku lekarstw się nie dyskutuje...
Dekarboksylacja
Jeszcze jeden problem, na który warto zwrócić uwagę to dekarboksylacja. To przekształcanie przy użyciu podgrzewania formy kwasowej kannabinoidów, takiej która naturalnie występuje w roślinach, w neutralną, przez co zmieniają one swoje właściwości. Najbardziej znane działanie - i główna przyczyna omawianego problemu – to THC, które w konopiach jest w postaci kwasu, zapisywanego jako THCA (bądź THCa), a po odpowiednim podgrzaniu zamienia się w THC. Ta pierwsza nie ma właściwości psychoaktywnych, więc np. zjadanie jej na surowo nie wywołuje żadnego haju. Trzeba ją wcześniej podgrzać, albo zwaporyzować czy spalić. Z CBDa i CBD (a także innymi kannabinoidami) jest bardzo podobnie, tzn. w roślinie występuje forma kwasowa. Tylko że okazuje się, iż formy kwasowe nie są dla nas bierne, bezwartościowe. Mają po prostu trochę inny zestaw właściwości, a co jeszcze istotniejsze, wzmacniają wzajemnie swoje działanie z formami neutralnymi. Dla przykładu, zjedzenie suszu marihuany będzie dla osoby chcącej się „zrobić” zwykłym marnotrawstwem, ale skonsumowane THCa ułatwia zasypianie, czy ogranicza skurcze mięśni. Z kolei CBDa spowalnia wzrost komórek nowotworowych, a działanie przeciwbólowe czy przeciwzapalne może mieć nawet silniejsze niż CBD. Do tego zespół Raphaela Mechoulama, „ojca” badań nad cannabis w 2019 roku odkrył, że obecność CBDa zwiększa około trzykrotnie działanie CBD. W tej sytuacji warto zachować obydwie postaci kannabinodiów. Badania trwają i trudno ustalić najbardziej efektywne proporcje. Okazuje się też że część form kwasowych potrafi podczas trawienia przekształcić się w formy neutralne, ale wciąż brak konkretów. Dlatego póki co staram się zachować między nimi równowagę (w domowych warunkach nie ma też mowy o laboratoryjnej precyzji), celując w lekką przewagę form neutralnych, skoro bazując na powyższym, nawet przy proporcjach 1:1 uzyskany preparat będzie wykazywał mocniejsze działanie CBD, niż w całości dekarboksylowany. A póki co, prawie wszyscy producenci na rynku dekarboksylują swoje olejki całkowicie, jeszcze się tym chwaląc (tu wyjątkiem jest znowu wspomniany olejek DrAndre).
 
Certyfikowany…
Kolejny problem na który chciałbym zwrócić uwagę, to CERTYFIKACJA, na którą powołuje się wielu wytwórców olejków CBD. W zdecydowanej większości przypadków te certyfikaty, które mają niby odróżniać pewny wyrób od ściemy to zwyczajne badania zawartości THC, bez których w ogóle nie wolno sprzedawać żadnych wyrobów z konopnego suszu. Wszyscy prowadzący takie badania na rynku, w podstawowym pakiecie badają zawartość CBD i THC. Każdy sprzedający susz, olejek itp. musi mieć takie badania. I to one są przeważnie prezentowane jako jakieś ekstra certyfikaty. My, wytwarzajac ekstrakt na własne potrzeby, przebadaliśmy zawartość CBD, CBDA, THC, THCA, CBC, CBDV, CBG, CBGA, CBN. Tylko że to kosztowało wielokrotnie więcej niż zestaw CBD/THC. I nie spotkałem się z żadnym produktem rynkowym przebadanym tak dokładnie. Gdzieniegdzie spotykałem się tylko z dodatkowymi badaniami na (nie)obecność zanieczyszczeń, ale tu znowu jest to mydlenie oczu, bo nikt nie bada olejków pod kątem zawartości pestycydów, czy przynajmniej samego glifosatu, a tylko zawartość metali ciężkich. Dlaczego to ważne? Konopie, które rosły na polu , gdzie wcześniej były rośliny lane np. roundupem, pszenica, czy rzepak, wyciągną go z gleby i zachowają. Dlatego ważne jest nie tylko na ile ekologicznie były uprawiane konopie, ale co działo się na tym polu wcześniej. I takich informacji nikt nie podaje.
Nośnik
I jeszcze parę zdań o oleju-nośniku. Ekstrakt konopny jest przeważnie rozpuszczony w jakimś oleju.  Po prostu nierozcięczony po pierwsze jest stosunkowo mocny, pojedyncza kropla może zawierać więcej miligramów, niż dana osoba potrzebuje dziennie. Po drugie nierozcieńczony może być niesmaczny, w różnym stopniu w zależności od sposobu ekstrakcji, np. dość gorzki. Olej nośny pomaga złagodzić ten smak. Po trzecie, może być za gęsty, przez co trudny w aplikacji.  Najlepszy – i zgodnie z efektem anturażu – będzie olej z nasion konopi. Ale często producenci zamiast niego używają choćby oleju słonecznikowego. Jest tańszy. Ale oprócz tego że to oszczędność dla sprzedawcy, może mieć plus, gdy olej nośny ma dłuższą trwałość, niż konopny. Ten ostatni zaczyna się utleniać, powoli ale już po paru miesiącach. Warto brać to pod uwagę, zwłaszcza jeśli buteleczka ma starczyć na długo. Przy okazji, można ją trzymać w lodówce,  to przedłuża trwałość. Ja używam oleju konopnego, z tych samych, własnych roślinek, po prostu robię na bieżąco, nie jest to coś stojącego na półce miesiącami.   
Podsumowując, rynek olejków konopnych jest póki co w fazie „dzikiego zachodu”. Kupujących przybywa, bo spektrum działania i rezultaty terapii konopnej są bardzo zachęcające, ale zdobycie wiedzy, jak wybrać bezpieczny specyfik już proste nie jest. To co wypisują producenci jest w zdecydowanej większości mylące, naciągane, czasem zupełnie tragikomiczne. Badań wykonuje się ogromną ilość, ale trudno ogarnąć ten ogrom. Zebranie tego w zwartą, sensowną całość udaje się w mojej opinii np. Bogdanowi Jot – polecam książki tego autora, choć on sam narzeka w nich na to, że lawinowa ilość odkryć w tej dziedzinie powoduje, że każda publikacja podsumowująca je, zaraz bo wydaniu już w jakimś stopniu będzie przestarzała. Różnego typu strony internetowe poświęcone konopiom albo są sponsorowane przez producentów, albo w zupełnie amatorski sposób powtarzają za sobą wszelkie nowinki, które potrafią być oderwane od rzeczywistości. Sam nie jestem w stanie śledzić wszystkiego, korzystam z dostępnej literatury i badaczy, którzy nie dali mi póki co podstaw do braku zaufania9...
Zrób to sam
Dlatego, mając możliwość samodzielnego robienia ekstraktu z konopi, w której sianiu, zbiorze i przerobie sam uczestniczyłem, mogę właściwie polecić zrobienie tego samego. Skoro mało kto ma możliwość posiadania własnej uprawy, dlatego pozostaje zakup suszu z jak najpewniejszego źródła - to ważne, jeśli nie chcecie obok CBD kurować się roundupem. Sama ekstrakcja w najprostszej postaci nie jest bardzo skomplikowana.
Do wytwarzania na własne potrzeby proponuję zestaw stworzony przez holenderską inicjatywę Stichting Medi-Wiet pod nazwą Cannolator. Dostępny w kilku wersjach, ma kilku polskich dystrybutorów. Można też sporo zaoszczędzić, wykonując coś podobnego we własnym zakresie10. Sam zaczynałem podobnie. Tu proponuję oglądnąć materiał o robieniu olejku CBD z pewnością zainspirowany Cannolatorem:
Niemniej należy się parę uwag (wybrałem ten materiał jako kolejny przykład świadomości w materii ekstrakcji CBD). Autor najpierw nabiedził się, by oddzielić susz od nasion, a potem zamiast użyć sam susz, zmielił nasiona i dodał. Po pierwsze Autor mylnie podaje „w nasionach też jest dużo substancji, które będą nam potrzebne”, co nie jest prawdą, w nasionach prawie nie ma kannabinoidów. Po drugie owe 120ml spirytusu na 20 gram suszu wynika z doświadczeń Holendrów, prowadzonych na suszu z coffee-shopu - całkowicie wolnym od nasion (i o wiele większej zawartości żywicy). Albo zatem usuwamy nasiona w całości, albo używamy odpowiednio więcej suszu z nasionami na tą samą ilość spirytusu.
I drugi istotny błąd: procenty. To co podawane jest na opakowaniach, czyli olejki np. 5% czy 10% oznacza, ile w całej zawartości buteleczki stanowi CBD. Jeśli jest to 1 gram CBD w 10 gramach płynu, to mamy olejek 10% (tu też dochodzi do przekłamań, gdyż 1ml ekstraktu nie waży 1 gram, więc najistotniejsze jest ile w ogóle CBD zawiera buteleczka i ile jest go w jednej kropli, bo to podstawa do ustalenia dawkowania). A w tym materiale Autor uznał że niezależnie od zawartości CBD, to co uzyskał dziesięciokrotnie rozcieńczone jest olejkiem 10-procentowym. Na tej podstawie chwali się, że koszt jednej buteleczki 10% CBD wyniósł go ok. 24 zł. W rzeczywistości używając suszu o zawartości 1,7% CBD i postępując w ten sposób uzyskał w jednej buteleczce olejek 0,03%. A gdyby przeliczyć to na prawdziwy olejek 10%, kosztowałby około 2400 zł... Nie doliczam tych dosypanych nasion, które jeszcze pogarszają wynik o jakieś 30-40%. No cóż, pan Eugeniusz wyłączył możliwość komentowania w swoich filmach, więc być może nadal wyrabia swoje „homeopatyczne” olejki. Ale poza tym pokazał prawidłowo tą najprostszą metodę, a nawet miał sensowne wątpliwości dotyczące dekarboksylacji. Niemal wpadł na to aby połączyć susz podgrzany z niepodgrzanym :) Problem natomiast jest taki, że lektura opisów olejków CBD produkowanych komercyjnie powoduje, że podejrzewam iż część ich wytwórców też ma problemy z tymi procentami… W razie wątpliwości preparat można oddać (nawet wysyłkowo) do przebadania, podstawowe sprawdzenie zawartości CBD i THC, to w zależności od ośrodka 120-200 zł.
Dawkowanie
Problem dawkowania jest w przypadku wyrobów konopnych dosyć złożony, a rozpiętości ogromne. Nie mam możliwości ujęcia tego w zwartej postaci, dlatego potrzebującym wsparcia proponuję trzy źródła:
- na youtube dostępny jest materiał: Arkadiusz Uznański - Jak stosować marihuanę do celów leczniczych? 
jest w nim mowa także o dawkowaniu (ale polecam całość),
- Bogdan Jot udostępnia za darmo swoją książkę Uwagi o dawkowaniu medycznej marihuany - polecam, jak wszystkie pozycje tego Autora,
- dostępny jest - w języku angielskim - CBD dosage calculator - wprawdzie szacunkowy i opaty na danych z ankiet, ale jak widzę jest dość dobre narzędzie, zwłaszcza gdy nie można liczyć na fachową pomoc.
 

Efekt anturażu

Wykonane do tej pory badania przeważnie koncentrują się na pojedynczych kannabinoidach, najpierw THC, potem CBD. Dopiero ruszono z kilkoma następnymi, a odkryto ich w konopiach już ponad sto. Dzieje się tak dlatego, że badania finansowane są głównie przez przemysł farmaceutyczny, a ten zainteresowany jest wydzielaniem poszczególnych substancji aktywnych, tworzeniem ich syntetycznych odpowiedników i patentowaniem leków na nich opartych. Już tworzy się CBD i THC wytwarzane przez genetycznie zmodyfikowane bakterie i prawdopodobnie skończy się tu jak z witaminą C. Ludzie łykają kwas l-askorbinowy wytworzony przez genetycznie zmodyfikowane chińskie bakterie z genetycznie zmodyfikowanej amerykańskiej soi – i jest on nazywany witaminą C, podczas gdy w naturze związek ten występuje w otoczeniu innych, bez których nie jest witaminą, a jedynie pewnego rodzaju antybiotykiem. Ale odkryto już wystarczająco dobrze tzw. efekt anturażu, czyli synergię zbiorczego działania wszystkich aktywnych składników konopi. Okazuje się też, że wydzielanie poszczególnych kannabinoidów z pominięciem innych powoduje mocną bądź pełną redukcję ich działania. Np. całkowite usuwanie szatańskiego THC, który klientom/pacjentom źle się kojarzy, daje bezwartościowy wyrób. Wystarczy go odrobinka, jak w konopiach siewnych, ale musi on być. Albo odwrotnie – syntetyczne THC, stosowane samodzielnie jako „lek” o nazwie Dronabinol/Marinol dawało tak negatywne efekty uboczne, że dziwne iż wciąż jest on wycofany tylko w niektórych krajach. A do uzyskania jakiegokolwiek efektu psychoaktywnego z ekstraktu z konopi siewnych potrzeba by kilkunastu buteleczek, a nie kropli, na dzień… Natomiast brak nawet tej ociupiny powoduje mocne ograniczenie działania CBD i reszty. Na marginesie, tragiczne jest to, że chyba wszyscy ci przestraszeni możliwością kontaktu z choćby śladową ilością THC są stale znarkotyzowani cukrem i fizycznie od niego uzależnieni, ale zupełnie tego nieświadomi.
 
To co poznałem do tej pory, a nauka bardzo powoli ale jednak sunie również w stronę tej konkluzji, sprowadza się do tego, by starać się przyjmować możliwie wszystko z tej doskonałej rośliny. Komplet kannabinolów, terpenów, wosków, polifenoli, witamin, minerałów itd. To najstarsza roślina wykorzystywana przez człowieka do wszystkiego (w sumie znaleziono ponad pięćdziesiąt tysięcy zastosowań...). Ogarnięcie całości tego, co wiemy o konopiach daje obraz kompletnego strażnika danego nam przez Naturę/Stwórcę czy inną Siłę opiekującą się nami. Wspomniane składniki konopi służą jej do ochrony przed szkodnikami i środowiskiem, ale również potrafią chronić nas. A odkryty stosunkowo niedawno system endokannabinoidowy (a raczej system który dopiero zaczęliśmy poznawać), pokazuje że konopie mają właściwie wyłączność na jego wsparcie z całego królestwa flory. To (powinien być) nasz nieodłączny roślinny kompan w świecie pełnym, a teraz już kompletnie przepełnionym fizycznym, chemicznym i emocjonalnym stresem.
Przekształcenia kannabinoidów, ich proporcje i poznana do tej pory rola dają się przedstawić w prostym porównaniu. Składniki konopi są jak armia do zwalczania* czynników wywołujących nierównowagę w naszych organizmach. CBDa, którego jest zdecydowanie najwięcej to – powiedzmy – piechota. W najstarszych, dzikich odmianach jest go mniej więcej tyle co THCa, więc ten związek będzie np. łucznikami. CBC to ciężka jazda, CBG - artyleria, z terpenów zróbmy np. lotnictwo, flotę, czołgi czy inne rydwany... Jeszcze rzadziej występujące kannabinoidy i inne związki, to zwiad, wreszcie dowódcy kolejnych szczebli. Mamy? Oglądając taki zbiór pod mikroskopem, to tak jak analizować armię z satelity – najpierw dostrzeżemy tylko najliczniejsze formacje. Zobaczymy taką oto piechotę, ustalimy że walczy z jakimś patogenem, wyizolujemy piechurów od „nieaktywnych zanieczyszczeń” i taką homogenizowaną armię użyjemy w innym organizmie, na podobnym patogenie. Coś zdziała? W odpowiednim stężeniu być może tak, ale ile warta jest armia piechurów bez dowódców, bez rozpoznania, bez wsparcia?
Cała dostępna literatura (nie dotycząca tylko konopi, sam pomysł wziąłem zresztą z cholesterolu), jaką przerobiłem do tej pory i moje osobiste doświadczenia dają się ująć w takim oto obrazku.
* nie podoba mi się wersja z armią - to niedobry przykład, dużo lepsza byłaby "wielka ekipa remontowa". Ale niestety większości z nas choroby łączą się z jakąś wojną zamiast pracami naprawczymi w naszym organizmie. A skoro tekst ma pomóc zrozumieć, wybieram powszechniej skotecznieszą wersję.
 
 
Przypisy:
1 Niektórzy wręcz tym się chwalą, np. producent olejku CBD „tworzonego w szwajcarskim laboratorium” najpierw chwali się wzbogaceniem terpenami w ramach efektu anturażu, potem dekarboksylacją, która ten efekt niweczy, a wreszcie oczyszczeniem z „nieaktywnych zanieczyszczeń” do których zalicza chlorofil, podczas gdy inni producenci, jak pisze „pozostawiają zbędne lipidy, woski i chlorofil co skutkuje produktem o niedobrym smaku, który może wywoływać mdłości”. Gdyby tak było, ludzie rzygaliby po ziołach, a już matcha z zielonej herbaty byłaby silnym środkiem na wywoływanie wymiotów, a nie kwintesencją herbacianego smaku...
2Substancje te prawie nie występują w innych roślinach, a wykazują istotny wpływ na wiele procesów zachodzących w organizmie. Oczywiście chodzi tu przede wszystkim o system receptorów kannabinoidowych, który pośredniczy niejako między układem nerwowym, a odpornościowym i reguluje ich pracę. Dlatego ma wpływ na doprowadzanie do równowagi mnóstwa procesów, a przez to łagodzenie czy cofanie tego co nazywamy objawami chorobowymi. Badania na całym świecie są coraz liczniejsze i dosłownie z miesiąca na miesiąc poszerza się nasza wiedza na ich temat. Właściwie nie da się utworzyć zamkniętej listy zastosowań terapii kanabinnoidami. Zwłaszcza że działają one nie tylko na receptory kannabinoidowe, ale też waniloidowe, serotoninowe, adenozynowe, opioidowe, glicynowe, czy tzw. receptory sieroce (czyli takie, gdzie nie znamy wytwarzanych wewnętrznie substancji, które na nie wpływają, ale wiemy już że robią to kannabinoidy).
3Najbardziej znany chyba przykład to działanie dwóch najpowszechniej występujących kannabinoidów: CBD i THC. O ile ten drugi jest odpowiedzialny za działanie psychoaktywne konopi i przedawkowany może prowadzić do stanów lękowych, czy w skrajnych przypadkach psychoz, to CBD działa dokładnie odwrotnie i można nim leczyć wszelkie stany psychotyczne. A nawet uzależnienia, i to nie tylko wywołane konopiami, ale np. opioidami.
4 Klasyczny przykład: w pobudzających odmianach marychy dominuje limonen i beta-kariofilen, zaś w tych wbijających w kanapę – mircen, niezależnie od zawartości kannabinoidów).
5 I następny przykład związany z „marysią” czyli działaniem THC. Można zjeść cały wór najsilniejszej marihuany i efekt psychoaktywny będzie żaden. Bez podgrzania zawarty w roślinie THCa nie przekształci się w THC, a ten pierwszy, kwas tetrahydrokannabinolowy nie ma zupełnie właściwości psychoaktywnych. Nie będzie żadnego haju, chyba że na widok rzadkiej, zielonej kupy...
6 Owszem, zdarzają się na rynku wyroby, których producenci specjalnie dbają o to, by uzupełnić zawartość kannabinoidów zarówno ich formami kwasowymi, jak i terpenami, ale są to wyjątki – i są to zazwyczaj najdroższe, z i tak już drogich preparatów. Zwykle nawet ci, którzy powołują się na efekt anturażu (nazywając go dowolnie, spotkałem się np. z „efektem świty”), biorą pod uwagę tylko to, że w ich specyfiku jest więcej kannabinoidów niż samo CBD, bądź dodają konopne terpeny, uzyskane w oddzielnym procesie.
7 Nie tak dawno w mediach znaleźć można było informacje o tym jak pewien doktor (Bomi Joseph z Peak Health Center) stworzył krzyżówkę chmielu z konopią zawierającą aż 18% CBD, zyskując wyrób całkowicie nieobjęty prawnymi ograniczeniami dla konopi. Tylko że wygląda na to że cała ta historia to przekręt stworzony przez notorycznego oszusta, a żadne inne badania nie potwierdzają uzyskania z chmielu CBD w ilościach konkurujących z konopiami.
8 W chwili gdy piszę ten tekst dosyć powszechne zjawisko, to zajmowanie produktów zawierających CBD głównie w sklepach (mało jest informacji o tym, co dzieje się u producentów) do zbadania zawartości – tylko że nie zabiera się próbek, ale całe posiadane zapasy – i oddawaniu ich zaraz przed końcem upływu terminu ważności. W ten sposób początkowy boom na sklepy z produktami konopnymi może zostać przyhamowany, a ich ofertę można odgórnie łatwo kontrolować. Troska o konsumenta powinna faktycznie mieć miejsce, bo choćby w Stanach wykryto już „olejki CBD”, które w rzeczywistości zawierały syntetyczny kannabinoid 4-CCB, powodujące różne niemiłe efekty uboczne. Tylko że do tego wystarczyłoby pobrać do badań jedno opakowanie preparatu. Przepisy pozwalają jednak na taką supertroskliwość.
9 Tu obok wspomnianych wcześniej panów napisać muszę o Arno Hazekampie. Wielokrotnie, gdy poszukiwałem konkretnych, praktycznych wskazówek dotyczących ekstrakcji konopi i właściwości uzyskanej substancji, trafiałem na badania tego Holendra. Zainteresowanych odsyłam na https://hazekamp.info/
10 Najtrudniejsze do zrobienia są otworki w probówkach czy menzurkach. Niestety odpowiednio duże naczynia są stosunkowo drogie, więc jeśli nie masz wyczucia w rękach, wywiercenie otworka w szkle może okazać się bardziej kosztowne, niż kupienie gotowca. Gotowe tuby BHO są z mocniejszego szkła i nie kosztują wiele więcej, sensowne znalazłem w sklepie Unikatowe Bonga.
 
 

 

Sól kłodawska naturalna kamienna

 
Najpierw będzie podsumowanie, bo nie wszyscy lubią czytać:
Na co dzień nie powinno się solić solą warzoną – oczyszczaną. Kamienna, faktycznie wykopana w kopalni, z której niczego nie zabrano, ani nie dodano, to jest to! Kłodawska jest praktycznie taka sama jak himalajska, tylko tańsza i pewniejsza.
sól kłodawska naturalna
A teraz szczegóły:
Sól to jeden z podstawowych związków, bez którego nie jesteśmy w stanie funkcjonować. Próba całkowitego odstawienia soli skończyłaby się śmiercią, ale zgon byłby poprzedzony prawdziwą męczarnią – torturowano już ludzi w tak okrutny sposób. Można by o niej pisać i pisać, temat - rzeka (słona). Ale skupię się na tym, dlaczego nieprzetworzona sól z Kłodawy nie ma u nas w Polsce konkurencji.
Przez sól rozumiem tu sól kamienną, chlorek sodu (NaCl) i kilka procent innych minerałów, które mu towarzyszą. Tych „zanieczyszczeń” jest tylko parę procent, ale to one są kluczowe do tego, by sól nam służyła, a nie szkodziła. Nie czyszczona, nie rafinowana, nie uzdatniana, jodowana itd. Tzw. sól stołowa, kuchenna, zwana spożywczą, jadalną – czyli oczyszczony chlorek sodu, jest łatwa do przedawkowania, a jego skutki są powszechnie znane. Owszem, jony chloru i sodu są nam niezbędne1 - i to w znacznie większych ilościach niż pozostałe minerały zawarte w soli nieoczyszczanej, ale to nie znaczy, że ta reszta jest zbędna. Oficjalnie przedstawia się to inaczej2.
To tak, jakby twierdzić, że skoro hamulce stanowią mniej niż jeden procent całej masy samochodu, to są praktycznie nieważne i można się bez nich obejść – nie to co silnik i karoseria...
 
„Zanieczyszczenia” won
Sól dostępna w handlu jest prawie zawsze solą morską. Albo z istniejącego morza czy słonego jeziora, albo też ze zbiornika, który wyparował przed milionami lat, a pozostała sól pod wpływem wysokiego ciśnienia wywieranego przez kolejne przykrywające ją warstwy zamieniła się w skałę zwaną halitem.
Skład makro- i mikroelementów w soli morskiej, niezależnie od tego czy odparowała ona niedawno, czy baaardzo dawno, różni się tylko nieznacznie. Ale już poziom zanieczyszczeń jest w nich zupełnie inny. Teraz w oceanach oprócz soli zalega ropa, detergenty, nawozy sztuczne i inne szkodliwe związki chemiczne, rozdrobniony plastik... Takiej nieoczyszczonej soli nie wypada sprzedawać, jest ona filtrowana prawie do czystego chlorku sodu – wraz z syfem wypadają też wszystkie pierwiastki poza bazowym związkiem. Ale sól kopalnianą też czyści się ze wszystkiego oprócz NaCl. Czasami ze względu na stosowaną metodę wydobycia,3 jednak sól kamienną wydobywaną tradycyjnie, przez odłamywanie bloków materiałem wybuchowym, które po wydobyciu są mielone, też się czyści. Produkt sklepowy musi mieć przecież jednolity kolor, a sól w kopalni będzie mieć różne odcienie nawet przy jednakowym składzie, wpływają na to zmiany struktury krystalicznej – a czysto biała nie jest nigdy. Sól w przemyśle też musi być oczyszczana – mikroelementy zapychają filtry. Do tego te parę procent innych minerałów powoduje, że sól nie będzie zawsze tak samo słona – nawet tak małe wahania w czystości powodują wyczuwalne różnice słoności – a produkt masowy musi smakować identycznie. Wreszcie przemysł żyje z przetwórstwa, nieważne czy ma ono wartość dla konsumenta, czy nie.
W rezultacie w całej sprzedawanej soli spożywczej ta nieoczyszczona stanowi mniej niż 10%. A zanim nadeszła moda na sól himalajską, kopalnia w Kłodawie nie mając zbytu na swoją sól różową, praktycznie identyczną z tą z Pakistanu (o czym za chwilę), musiała sprzedawać ją jako sól drogową...
 
Wzbogacanie, ulepszanie, doskonalenie, uszlachetnianie...
Z przetwórstwem i solą warzoną wiąże się jeszcze sprawa dodatków. Czyści się ją z niezbędnych nam pierwiastków, ale za to dodaje się dwie rzeczy – jod i substancję zabezpieczającą przed zbrylaniem.
Jod jest nam konieczny, a jego niedobory są powszechne. Stąd pretekst do jodowania soli, wymuszanego urzędowo.4
Tylko że nie bierze się pod uwagę tego, iż potrzebujemy jodu zarówno w postaci związku, jak i postaci pierwiastkowej.5 Ponadto biodostępność (wchłanianie) jodu z soli morskiej to tylko ok. 10%. Na przykład z chleba jod wchłania się ok. 10 razy lepiej, ale jodowanie pieczywa skończyło się na Świecie około lat 1980-tych, gdy jod zastąpiono dodawaniem bromków - które przeciwnie - blokują jego wchłanianie! Ilość jodu w pożywieniu w ciągu ostatnich 3 dekad spadła o połowę, a sól jodowana stała się jego głównym źródłem – jeśli to ma być walka z niedoborami tego pierwiastka, to prowadzona jest albo przez kretynów albo ludobójców.6
Na pocieszenie: ominęła nas za to jeszcze gorsza w skutkach fluoryzacja soli, stosowana np. w Szwajcarii, Niemczech, Francji czy dużej części obydwu Ameryk. No chyba, że "sól himalajska" którą kupujesz wcale nie przyjechała z Pakistanu, ale np. z Niemiec i jest bogata nie w "84 biopierwiastki", tylko w fluor - bywa i tak... 10
Drugi dodatek to antyzbrylacz: żelazocyjanek potasu. Sól kamienna w naturalny sposób się zbryla, kamienieje. By temu przeciwdziałać, przecież produkt musi być ładny i wygodny w użyciu, do soli dodaje się E-536 – żelazocyjanek potasu. Nie grozi nam raczej uwolnienie się z niego cyjanku i powstanie cyjanowodoru w organizmie, ale nie wydaje się on całkowicie bezpieczny, a już na pewno nie niezbędny.7

Dlaczego kamienna?
Wróćmy do składu soli nieoczyszczonej. Tu pójdę na łatwiznę, cytując opis ze sklepu kopalni w Kłodawie. Nie tyle z lenistwa, co po to, by pokazać w jakiej schizofrenii musi funkcjonować producent. Na tej samej stronie mamy dwa podobne teksty, na dole jest taki:
Kłodawska sól kamienna jest minerałem o wysokim stopniu czystości i nie wymaga procesów wzbogacania. Ponadto nasza sól kuchenna w przeciwieństwie do soli warzonej stanowi bogate źródło "pierwiastków życia", czyli mikroelementów (nazwanych tak przez prof. Juliana Aleksandrowicza) niezbędnych do prawidłowego, zdrowego funkcjonowania organizmu człowieka. Biopierwiastki, których praktycznie nie ma sól warzona (posiada naprawdę śladowe ilości), a wchodzące w skład naturalnej soli kamiennej tworzą kompleksy łatwo przyswajalne przez organizm. To właśnie te składniki soli kuchennej sterują czynnościami metabolicznymi, czyli przemianą materii. Odgrywają tez zasadniczą rolę w aktywności niezbędnych dla życia procesów enzymatycznych. Jest więc oczywistym, że ich niedobór, czy nadmiar musi wywołać niekorzystny wpływ na zdrowie. Skład mikroelementów w naszej soli kamiennej zbliżony jest do ich zawartości w płynie ustrojowym organizmu ludzkiego. W kłodawskiej soli kuchennej zawarte są (już od 250 mln lat): magnez, mangan, żelazo, cynk, miedź, wapń, potas, selen, jod i inne pierwiastki, których próżno szukać w soli warzonej.
 
Ale wyżej – bardziej na widoku jest wersja trochę inna:
W każdej kuchni jest nieodzowna, przeznaczona do przetworów spożywczych. Sól kamienna z Kłodawy zawiera, w śladowych ilościach, szereg naturalnych mikroelementów niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania organizmu człowieka. Skład mikroelementów występujący w kłodawskiej soli zbliżony jest do ich zawartości w płynie ustrojowym8 organizmu człowieka. Biopierwiastki wchodzące w skład kłodawskiej soli tworzą ich kompleksy, łatwo przyswajalne przez organizm. Sól kłodawska zawiera naturalne pierwiastki takie jak: żelazo, wapń, magnez, cynk, potas i jod. Kłodawska Kamienna Sól Spożywcza Niejodowana, z uwagi na brak zawartości jodu nie jest zalecana do bezpośredniego spożycia.
 
Prawda, że ostatnie zdanie cokolwiek kłóci się z resztą? Zawiera jod, ale z uwagi na brak jodu nie zaleca się jej jeść, co najwyżej można w niej zakisić ogóra... Wygląda na to, że bakterie mlekowe odpowiedzialne za kiszenie nie przepadają za przetworzoną solą (a tak się składa, że one wiedzą, co dobre dla ludzi; w każdym razie na pewno lepiej od ministra zdrowia). Do tego, ponieważ państwo zmusza producentów do jodowania soli spożywczej, czyli tej pakowanej detalicznie, do 1 kg, Kłodawa sprzedaje niejodowaną w paczkach 1,1 kg...
Potrzebujemy kompletu pierwiastków, podobnie jak inne zwierzęta. Bez nich choćby witaminy przestają się wchłaniać i cała suplementacja na nic. Najłatwiej przyswajalne są w postaci zjonizowanej, dostępnej w roślinach. Tylko że model rolnictwa który zdominował Świat po wojnach światowych spowodował, że jest ich już w roślinach uprawnych bardzo niewiele. Nawożenie odchodami zwierząt i roślinami, które zawierały komplet pierwiastków zastąpiono stosowaniem samego azotu, fosforu i potasu, czasem dokładając jeszcze wapń, magnez i siarkę. Dlatego tych wszystkich minerałów z soli kamiennej potrzebujemy teraz bardziej niż nasi przodkowie! Skoro z roślin nie wyciągamy już pierwiastków, które potrzebujemy9, pozostaje „nawóz” w postaci soli nieoczyszczanej. Którą jednak zamieniono powszechnie solą kuchenną: prawie czystym chlorkiem sodu.
Żeby zachować jako taką suplementację minerałami, a przy tym nie przedawkować NaCl (który przecież jemy nie tylko soląc samodzielnie, jest on wciśnięty do większości przetworzonej żywności i przypraw), wypada całkowicie wyeliminować z diety sól oczyszczoną i zjadać tą nieprzetworzoną.
 Nie jem cukru, ale solę każdą szklankę wypitej wody, więc w mojej cukierniczce jest...sol w cukiernicy
Sól himalajska, a kłodawska
Modna w ostatnich latach stała się sól z Pendżabu w Pakistanie, która najczęściej nazywana jest różową solą himalajską. Wydobywana ręcznie od XIII wieku w drugiej pod względem wielkości kopalni soli kamiennej na Świecie, stała się popularna najpierw w Niemczech, potem reszcie Zachodniej Europy, wreszcie USA, Indiach i dalej10. O jej fantastycznych właściwościach można poczytać wszędzie. Tyle, że wraz z modą pojawiły się dwa nieuchronne problemy: wzrost ceny oraz podróbki, których przybywa, skoro taniej jest zabarwić cokolwiek (np. niemiecką sól fluorowaną), niż sprowadzać oryginał z drugiego końca Świata. Sól z Pakistanu przeważnie jest różowa, ze względu na trochę inną budowę struktury krystalicznej.11 Tak się przy tym składa, że jest bardzo podobna do kłodawskiej. Obydwie pochodzą z tego samego okresu, z mórz, które odparowały 250 milionów lat temu.12 Obydwie wydobywa się mechanicznie, przez odrąbywanie i mielenie, a nie rozpuszczanie. W obydwu złoża są na podobnej głębokości, na której znalazły się po wypiętrzeniu z ok. 5-6 km pod ziemią – obecnie to jakieś 700 m.12a I co najważniejsze, mają bardzo zbliżony skład.13 W Kłodawie występuje zarówno sól o zwykłej, szarawej barwie, jak i różowa, taka jak himalajska. Ta różowa jest trochę bogatsza od zwykłej w hematyt (tlenek żelaza), ale uboższa o kilka innych pierwiastków (siarka, potas). W sumie nie jest to różnica, która dla mnie uzasadniałaby płacenie więcej za różową.
 
Cudze chwalicie, swojego nie znacie
W Polsce najwięcej soli wydobywa się obecnie w kopalniach w Inowrocławiu i Ciechocinku – to ten sam 250 mln lat stary halit, ale wydobywany wypłukiwaniem solanki. Kłodawa to największa kopalnia, gdzie faktycznie się kopie. Udział soli z Kłodawy w rynku spożywczym to niecałe 10%.
Pracownicy kopalni w Kłodawie zdają sobie sprawę, że to ich nieprzetworzona sól powinna najczęściej pojawiać się na stołach w Polsce, ale jako producent, wpływ mają na to niewielki – widać to choćby tutaj. Pewnie gdyby była w sklepach, sytuacja wyglądałaby odrobinę lepiej (kłodawską jak już gdzieś widzę, to tylko jodowaną). Zamiast niej jemy albo białą słoną śmierć, albo kosztującą słono sól (być może) z Himalajów.
Rozumiem, że np. Niemcy nie chcieli kupować benzyny na stacjach Orlen dopóki nie przerobiono ich na nie kojarzącą się z naszym krajem markę Star.14 Ale dlaczego Polacy zamiast czysto polskiej15, kupują wielokrotnie droższą sól z Pakistanu czy innego NRD?
Z niewiedzy.
 
Przypisy:
1 Sód odpowiada za stan krwi, reguluje jej ciśnienie, reguluje proces wymiany woda – sól, bierze udział w pracy enzymów trawiennych, w procesach metabolizmu, w pracy układu sercowo-naczyniowego, wpływa na aktywność tkanki mięśniowej i nerwów, uczestniczy w równowadze kwasowo-zasadowej, pewnie jeszcze w czymś. Chlor razem z sodem i potasem odpowiada za bilans wodny, również odpowiada za homeostazę kwasów i zasad oraz działanie różnych enzymów, a ponadto współtworzy kwas żołądkowy.
2 Artykuł w wikipedii pokazuje typowe podejście – sól kuchenna to albo sól kamienna, czyli halit, minerał, mający zastosowanie jako surowiec w przemyśle chemicznym i spożywczym (czyli baza do produkcji soli warzonej - jadalnej), albo sól warzona, czyli oczyszczona do prawie czystego chlorku sodu. Dopiero ta oczyszczona jest określona jako przyprawa, konserwant, składnik produktów spożywczych.
W przypadku soli warzonej jest w wikipedii takie zdanie: jej wartość spożywcza jest pogorszona o brak mikroelementów występujących w naturalnej soli kamiennej, natomiast smak poprawiony, bardziej słony w porównaniu z solą kamienną, która może mieć posmak gorzkawy.
Wniosek jest taki z tej całej encyklopedycznej wiedzy - sól nieoczyszczona jest be – zanieczyszczona, to dopiero surowiec do zrobienia czegoś dla ludzi. Sól warzona – ta do jedzenia, wprawdzie jest gorsza ze względu na brak mikroelementów (podkreślam – niezbędnych do traktowania soli jako czegoś służącego zdrowiu), ale za to smakuje lepiej, bardziej słono. A z tym gorzkawym smakiem w przypadku halitu to już bzdura zupełna: sole o tak dużej zawartości magnezu, siarki czy potasu, że stają się gorzkawe, są solami kąpielowymi, a nie jadalnymi.  W artykule o soli kuchennej lista szkodliwych właściwości NaCl dla zdrowia jest znacznie dłuższa niż sama definicja tej soli, nie ma tu też w ogóle mowy o mikro-, makro-, czy jakichkolwiek elementach.
Czyli sól staje się zdatna do spożycia, dopiero kiedy stanie się bardziej słona o te parę procent, za to mało wartościowa dla organizmu, łatwa do przedawkowania, kolejna po cukrze „biała śmierć”.
Nie jest to napisane wprost, ale tak to jest zaprezentowane. Taki mechanizm jest powszechny, np. w przypadku równie ważnej dla naszego zdrowia kwestii bakterii żyjących w przewodzie pokarmowym – wniosek z czytania mądrości wikipediowych jest taki, że gdzieś tam marginalnie czemuś służą, ale najlepiej na wszelki wypadek wybić... Podobnie jest z witaminami i wszystkim, co koliduje z interesami przemysłu
Co ciekawe, po raz ostatni sięgając do nieszczęsnej encyklopedii dla mas – o ile w przypadku soli spożywczych nie ma prawie mowy o minerałach – chlorek sodu = przyczyna chorób cywilizacyjnych, to w artykule o solach już nie tylko do zjadania – mineralnych, o roli minerałów pisze się więcej – wszystko to, co powinno być wspomniane przy soli kamiennej. Przytoczę fragment: sole mineralne są ważnym składnikiem diety człowieka, spełniają bowiem rolę budulcową oraz regulacyjną. Są tam przykłady tego, co robią poszczególne minerały i jakie są skutki ich niedoborów. Dlaczego w przypadku artykułu o soli kamiennej nie ma słowa o tym?
I nie jest tak tylko w polskiej Wikipedii, ot, przykład z angielskiej: Himalayan salt is chemically similar to table salt plus mineral impurities like zinc, iron, copper and chromium.
Ogólniej temat wiarygodności Wikipedii przedstawia BaldTV w dwuczęściowym materiale.
3 Gdzie do pokładu soli wpuszcza się wodę, która ją rozpuszcza, a następnie wypompowuje się powstałą solankę. Jest zanieczyszczona różnymi rzeczami zebranymi po drodzei, stąd potrzeba filtracji.
4 Minister zdrowia co jakiś czas wypuszcza rozporządzenia dotyczące wymogu dodawania do soli jodku bądź jodanu potasu. Potem sanepid bada próbki soli ze sklepów i produkuje raporty, z których wynika tylko brak sensownej metodologii i praktyki, za to nadrabia się nadbudową w iście socjalistycznym stylu: „Konsekwencją społeczną niedoboru jodu przy dużym epidemiologicznym nasileniu zjawiska, może być stagnacja ekonomiczna”. Źródło: Raport z badań monitoringowych przeprowadzonych przez Państwową Inspekcję Sanitarną w zakresie jakości jodowania soli kuchennej w 2007 rok. JAKOŚĆ jodowania? Skoro mierzy się tylko zawartość dodanego jodku albo jodanu? Nieważne, grunt że wyjaśniła się przyczyna stagnacji ekonomicznej.
5 Stąd np. w płynie Lugola znajduje się zarówno czysty jod, jak i jodek potasu.
6 Więcej o roli jodu i jego dostępności m.in. w żywności w artykule bazującym głównie na badaniach dra Guy'a Abrahama & co. A co do kretynów - wrodzony zespół niedoboru jodu, poważny niedorozwój umysłowy spowodowany brakiem jodu, był wcześniej nazywany kretynizmem lub matołectwem. Kretyn lub matoł to zatem nie jakiś tam głupek, ale ofiara braku jodu, a że tkwimy w błędnych kołach...
7 Żelazocyjanek potasu jest solą bardzo trwałą, do rozłożenia jej potrzebny jest stężony kwas, najlepiej siarkowy. Kwas solny w żołądku nie osiaga takiego stężenia, a nawet gdyby jakimś cudem do tego doszło, powstała ilość przy typowym dziennym spożyciu byłaby kilkadziesiąt razy mniejsza od toksycznej, o śmiertelnej nie wspominając. Wyliczenia można znaleźć np. tutaj.
Problem leży gdzie indziej, żelazocyjanek, nawet w tak małych ilościach – w soli jest go ok. 1:1 000 000, wystarcza do tego by te milion ziarenek chlorku sodu przypadających na jedno ziarenko żelazocyjanku potasu zmieniło swoje właściwości krystaliczne, wytwarzając mocne, ostre igiełki. Ten proces, którego nauka jeszcze nie całkiem rozumie, jest stosowany w metalurgii, ale w organizmie może działać podobnie, uszkadzając np. szkliwo stawów. Ogranicza też transport tlenu we krwi, co w pierwszej kolejności powoduje trudności oddechowe, zawroty i bóle głowy, a w dalszej perspektywie sprzyja powstaniu większości chorób... Może powodować alergie itp., szczegóły (po angielsku) tutaj. W USA użycie żelazocyjanku w produktach spożywczych jest zresztą całkowicie zakazane. 
 
8 Małe sprostowanie należy się do wspomnianego płynu ustrojowego – chodzi o większość płynów ustrojowych – krew, limfę i inne płyny między- i wewnątrzkomórkowe, a także ciecze, które wydalamy.
9 Pozostają jeszcze rośliny morskie, zwłaszcza glony, bogate we wszystko co nam potrzeba, bo niezależne od przemysłowego nawożenia. Ale są zanieczyszczenia, o których była już mowa, a poza tym ceny i dostępność dobrych alg w krajach takich jak Polska są zaporowe.
10 Historię ściemy z solą himalajską, a właściwie jej fluoryzowanymi podróbami produkowanymi w Niemczech, które w szczycie mody sprzedawano po 24 euro za kilogram, jako „eliksir życia” opisuje np. Projekt Edukacji o Fluorze (po angielsku) – także źródło informacji o niebezpieczeństwach związanych z fluoryzowaniem soli.
11 Powszechnie, ale błędnie sądzi się, że różowy kolor jest skutkiem zabarwienia przez większą ilość żelaza niż w zwykłej soli. Żelazo, jeśli jest go tyle, że wpływa na kolor, barwi na brązowo. Różne kolory soli zależą od zmian w strukturze krystalicznej, choć czasem występują one razem z inną zawartością różnych pierwiastków, ale też promieniowaniem – np. sól występująca w sąsiedztwie uranu staje się niebieskawa. Spośród wszystkich soli wydobywanych w Pakistanie, ta różowa ma żelaza najmniej, szczegóły w dokumencie z linku w przypisie nr 13.
Jeszcze uwaga, zgodnie z danymi z Kłodawy z wspomnianego linku, zawartość żelaza w próbkach soli białej wynosiła od 0,06% do 350 ppm, a w soli różowej 10-600 ppm. Wydaje mi się, że to te dane mogą przyczyniać się do tego błędu. Otóż, oznaczają one, że wśród badanych były próbki soli różowej, w których żelaza było tylko 10 ppm, a w białej aż 350 ppm.
Ponieważ miejsca nie brak, a to jest tylko przypis, pozwolę sobie zacytować co publiczie odpisała na moje zarzuty Pani Basia Kazana, której pracę polecam i reklamuję, z tym wyjątkiem, że nie zgadzamy się w kwestii zawartości żelaza w soli różowej z Kłodawy: "Zazwyczaj nie reaguję na komentarze, ale tym razem odpiszę, bo wprowadza Pan widzów w błąd. Sól kłodawska różowa, jest dlatego różowa, że posiada domieszki soli metali (które właśnie nadają jej tę barwę). Jest więc bogata w mikroelementy i z tej przyczyny bardzo dla nas zdrowa. A to, że sprzedaje się ją jako sól drogową jest tylko przejawem czyjejś ignorancji i niegospodarności. Już od dawna najcenniejsze polskie skarby są wyprzedawane za bezcen i jest to celowe działanie osób, które prowadzą ten kraj ku przepaści. Zaś wzrost spożycia soli kamiennej nieoczyszczonej, niejodowanej i właśnie różowej jest przejawem wzrostu świadomości ludzkiej, a nie wynikiem chwilowej mody." - koniec cytatu, długi, ale nie chciałbym żeby coś zostało uznane za wyrwane z kontekstu. I tak trochę jest, bo pomijam moje pytanie, jest tu. Zgoda co do wszystkiego  tylko nie do tego że właśnie różowa jest objawem wzrostu świadomości, jak widać, uważam odwrotnie.
 
12 Dla porównania, sole wydobywane w innych kopalniach bywają zwykle znacznie młodsze, np. nasza zabytkowa kopalnia w Wieliczce to sól sprzed 15 milionów lat.
12a Starsze pokłady na głębokości ok. 600 metrów stanowią najgłębiej położoną trasę turystyczną w Polsce.
13 Skład soli kłodawskiej, a skład soli himalajskiej - podane są niestety w niekompatybilnej postaci i trzeba sie troszkę pobawić. Poza tym to są przykładowe składy, w różnych miejscach złoża trochę inne będą ilości poszczególnych pierwiastków. Dokładniejsze dane dotyczące składu soli himalajskiej – choć tylko głównych pierwiastków, np. bez jodu - znajdują się tutaj
15 Złoża soli w regionie Kłodawy (ziemie Polskie od zawsze – a wcześniej słowiańskie, łużyckie, R1a) odkryli geologowie w 1937 roku, kopalnię zbudowano już po wojnie. Nie rozkradziono – wciąż jest to spółka Skarbu Państwa.

Oprócz wymienionych źródeł internetowych korzystałem też z kilku książek:
Iwan Nieumywakin – Sól – lecznicze właściwości (Wydawnictwo Vital 2017)
Mark Sircus – Woda życia (M Wydawnictwo 2017)
Anita Hessmann-Kosaris – Woda jest najlepszym lekarstwem (Wydawnictwo AA 2010)
Jerzy Zięba – Ukryte terapie, część I (Egida Consulting 2016)
 

 

Węgiel aktywny

  
Węgiel zwany aktywnym, aktywowanym, leczniczym, medycznym (carbo medicinalis). Dużo nazw, chodzi prawie zawsze o to samo. Prawie, bo choć ogólna zasada jest taka sama – owa aktywacja polega na tym, że po potraktowaniu np. parą wodną albo kwasem, powierzchnia węgla staje się bardzo porowata. Taki węgiel zachowuje się podobnie, choć znacznie silniej, do mikrofibry – wszelkie drobne cząsteczki które go dotkną, już się nie odrywają, przylegają do jego powierzchni. I może związać ich więcej niż sam waży. Jest to jedna z form zjawiska nazwanego adsorpcją. Węgiel połknięty albo rozprowadzony na skórze działa jak odkurzacz, czyści wszystko, sam pozostając całkowicie neutralny dla organizmu.
węgiel aktywny, źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/W%C4%99giel_aktywny#/media/File:Activated_Carbon.jpg autor: Ravedave
Tak wygląda mechanizm działania, ale lista jego zastosowań jest ogromna, a większość z nich znano już w starożytności, kiedy ludzie nie mieli pojęcia dlaczego węgiel ma takie właściwości, ale skutecznie z nich korzystali. Nie trzeba cofać się tak daleko. Jeszcze w połowie XIX w. francuski farmaceuta Pierre-Fleurus Touéry, odkrywca i propagator właściwości węgla pozyskiwanego ze spalonych kości wykonał słynny pokaz, zjadając 10-krotność śmiertelnej dawki strychniny, plus 15 gram węgla – i przeżył1. Nie wiedział dlaczego węgiel ma takie właściwości, ale przez lata analizował je, prowadząc badania na psach. A i dzisiaj, mimo że mikroskopy pokazały nam bardzo dokładnie budowę węgla, i wiemy na przykład, że 1 gram aktywowanego węgla ze względu na wspomnianą porowatość ma tak ogromną powierzchnię, że gdyby dało się go idealnie spłaszczyć, to pokryłby ponad 1/3 hektara (tak, 3 gramy na cały hektar...) – nadal zarówno adsorpcja jak i właściwości węgla kryją przed nami jeszcze wiele tajemnic.
Ale wiemy wystarczająco dużo, by węgiel stosować m. in. w profilaktyce zdrowia, leczeniu i kosmetyce. To nie tylko odtrutka na ok. 90% znanych trucizn, filtr większości zanieczyszczeń, czy ogólnie czyściciel/detoks na prawie wszystko – od metali ciężkich po bakterie i wirusy, maseczka kosmetyczna, środek do leczenia ran, wrzodów, wybielania zębów, na biegunki, krwawienia z nosa, szumy w uszach, bóle głowy, bezsenność, egzemy, astmę, zapalenie oskrzeli i wiele innych dolegliwości. Znany i stosowany co najmniej od czasów starożytnego Egiptu, bardzo skuteczny, bardzo tani. Łatwy do samodzielnego zrobienia prawie wszędzie. W naszych warunkach wystarczy drewno brzozowe, lipowe albo kości zwierząt, spalone beztlenowo. Zatem mając ostrze i ogień, mogę zawsze zrobić ten zastępujący pół apteki specyfik... Oczywiście panaceum o takiej historii nie da się całkowicie zamieść pod dywan i udawać że nie istnieje, zatem węgiel aktywny wciąż można dostać w każdej aptece. Ale oczywiście coś takiego jest jednym z największych cierni w tyłku przemysłu farmaceutycznego. Dlatego węgiel aktywny w aptece kupimy, bez recepty, ale...
Po pierwsze – przeważnie nie jako lek, mimo że jest stosowany jako podstawowy środek w leczeniu biegunek i niestrawności, tylko suplement diety! Ten kretynizm jest możliwy dzięki temu, że ustawowo suplement diety definiuje się nie tylko jako substancję mająca efekt odżywczy, ale też „inny fizjologiczny” skutek dla organizmu.
A co do leczenia – w żadnej z ulotek załączanych do dostępnych w aptekach produktów z węglem aktywnym nie ma na przykład najstarszego znanego zastosowania, czyli gojenia ran, albo leczenia grypy, choć wiadomo że węgiel ten świetnie wiąże także wirusy i bakterie. Właściwie obecnie tylko dr Jaśkowski mówi o leczeniu objawów grypy węglem, np. tu:
– choć skuteczność tej metody bije na głowę wszystko, co na grypę można zobaczyć w reklamach... W skrócie, jeśli ktoś nie chce oglądać: dwie łyżeczki węgla co pięć godzin przez dwa dni, lub inaczej - aż kał będzie czarny, a potem jeszcze dwa razy. A jeśli dojdzie do zatwardzenia, to wystarczy zjeść jabłko, bądź dwa.
Po drugie – skład, zamiast czystego węgla, co oznacza sadzę czyli bezpostaciowy węgiel pierwiastkowy, z odrobiną grafitu, czyli węgla krystalicznego, w produkcie farmaceutycznym mamy jeszcze różności, przeważnie takie, których połykać zdecydowanie nie chcę.
Dla przykładu, w mojej najbliższej aptece prosząc o zwykły węgiel aktywny dostałem produkt pod nazwą Carbosorbent Pharma (z małym dopiskiem „węgiel aktywny” i „suplement diety”), w tabletkach, które zawierają: węgiel aktywny, cukier, substancja wypełniająca (celuloza), żelatyna wołowa, substancja utrzymująca wilgoć (glicerol), substancje przeciwzbrylające (talk, sole magnezowe kwasów tłuszczowych).
Chcę węgla, nie chcę CUKRU, ŻELATYNY WOŁOWEJ, GLICERYNY itd. Idę do innej apteki, proszę o węgiel nie w tabletkach, tylko w proszku. Dostaję „Węgiel aktywowany – suplement diety – 30 kapsułek). Skład: węgiel aktywny, żelatyna wieprzowa, celuloza mikrokrystaliczna (substancja wypełniająca), wyciąg z mięty pieprzowej, dwutlenek krzemu (substancja przeciwzbrylająca)30% więcej węgla, o połowę taniej, ale jak widać dalej nie jest to sam węgiel. Żelatyny nie skomentuję...
Szukam dalej, już internetowo. Znajduję Carbo VP. Tu ciekawostka, bo w wirtualnych aptekach nie wszyscy podają kompletne składy (nie dziwię się, nie ma się czym chwalić). W jednej znalazłem sam węgiel aktywowany (Carbo Medicinalis), w drugiej: tabletka zawiera 150mg węgla leczniczego oraz substancje pomocnicze. Dopiero w trzeciej, gdzie w końcu przepisano całość, okazało się, co to za substancje pomocnicze: żelatyna, żelaza tlenek czarny (E 172), żelaza tlenek żółty (E 172), tytanu dwutlenek (E 171), indygokarmin (E 132).
Najlepiej póki co wyglądają kapsułki Carbo Activ. W środku jest sam węgiel leczniczy (carbo medicinalis) – nazwa zobowiązuje – leczniczy – choć jak widać większość producentów nie używa tradycyjnej nazwy medyczny czy leczniczy. Skład kapsułek to: żelatyna, erytrozyna, żółcień chinolinowa, indygotyna. Ale kapsułki można wyrzucić i zostawić samą zawartość. W sumie z całego opakowania 20 kaps. otrzymam 4 gramy węgla, za niecałe 7 zł.
Jeszcze jeden przykład: węgiel leczniczy Norit, skład: węgiel leczniczy (Carbo medicinalis), żelatyna, dwutlenek tytanu (E171), żelaza tlenek czarny (E172). Ale producent nie podaje czy dwutlenek tytanu jest w węglu, czy kapsułce...
Reasumując, uda się zdobyć czysty węgiel aktywny, ale nie w każdej aptece, i nie jest to takie proste i -
- po trzecie: cena:
Jak widać, cena 1 grama węgla z apteki przekracza złotówkę, dochodząc do dwóch złotych. Pomijam już pracę własną, polegającą na tym, że aby uzyskać jedną dawkę leczniczą, trzeba wysypać węgiel z jednego opakowania, czyli co najmniej kilkunastu kapsułek.
Czyli wracając do wyżej wspomnianej terapii przeciw grypie, co pięć godzin minimum dwa 4 gramowe opakowania Carbo Activ, wysypać 40 kapsułek za 14 zł. Dwudniowa terapia to przy masie ciała poniżej 70 kg jakieś 160 wyłuskanych kapsułek, 32 gramy za prawie 60 zł (minimum, bo liczę tylko po dwa razy każdego dnia). Dziękuję...
Z kolei w mojej ulubionej hurtowni chemicznej, odpowiedniej czystości węgiel, który wystarczy wysypać na łyżeczkę, 100 gramowe opakowanie czyli dobrze ponad dwie takie terapie, co w powyższym przykładzie, kosztuje niecałe 7 zł, jakieś 9x taniej, nie licząc wysypywania proszku z całej masy kapsułek. A jeszcze inaczej: za cenę tego w/w węgla w kapsułkach z apteki, za 60 zł dostanę hurtowo DWA KILOGRAMY węgla, z którym nie muszę się bawić. Czyli nie licząc dłubaniny, ok. 15 gram z apteki na kilogram z hurtowni: czyli węgiel z apteki okazał się 66,6 raza droższy. Ot, taki szatański przelicznik wyszedł :) To jeden z przykładów, bynajmniej nie skrajny, a raczej umiarkowany w porównaniu do zysków ze szczepionek, jak zarabia farmacja. Nic dziwnego że stała się największym przemysłem na Ziemi.
I jeszcze trochę szczegółów dla tych, którzy do powyższych danych i wyliczeń mogliby mieć zastrzeżenia. Głównie chodzi o to, jak śmiem zestawiać farmaceutyczny carbo medicinalis z węglem z jakiejś hurtowni. Owszem, już na samym początku tego tekstu zaznaczyłem, że węgiel aktywny nie oznacza zawsze jednej i tej samej substancji. Sam węgiel może być różnego pochodzenia, od bitumicznego, brunatnego, antracytu, poprzez drzewny, z łupin kokosa, aż po spalone kości. Już samo źródło i technologia uzyskania decydują o najistotniejszym parametrze – porach, których wielkość, ilość i rodzaj wpływają na powierzchnię właściwą węgla, co przekłada się na to, jakie cząsteczki i w jakiej ilości będą przez niego wiązane. Ogólnie węgiel aktywowany zrobiony z drzewa w ognisku może mieć co najmniej 1000 m2/g, a wykonany w fabryce, do zastosowań np. farmaceutycznych ponad 3000 m2/g. A wielkość porów spowoduje. że dany węgiel będzie przyciągał w pierwszej kolejności metale, a inny – cząsteczki organiczne. Dalej, wpływ na te właściwości będzie mieć metoda aktywacji, a także dalsza obróbka, przeważnie impregnacja, czy też inne zabiegi, jak np. traktowanie ultradźwiękami. Tak się jednak składa, że o ile faktycznie węgiel z ogniska może być dwu- czy nawet trzykrotnie mniej skuteczny od tabletki, to różnica leży głównie w dawce. A ten, którego używam (WG-12 z Gryfskandu, zakład w Hajnówce), nie różni się aż tak od stosowanego w produktach aptecznych. Przede wszystkim te nowoczesne, laboratoryjne, są produkowane do specjalnych zastosowań, takich jak np. odbarwianie czegoś, katalizatory czy wyłapywanie konkretnych metali, albo zwiększona trwałość czy wydajność. Te apteczne to prawie zawsze węgiel drzewny (holenderski Norit robi dla odmiany z torfu, co uzasadnia wyższą cenę, ale jest raczej uwarunkowane geograficznie, podobnie jak Eskimosi robią węgiel z kości fok i reniferów, a nie z drewna...), bez specjalnego cudowania, impregnacji, bo to obniża, a nie poprawia ogólne działanie węgla w organizmie. A węgiel aktywny który kupuję, jest też węglem drzewnym, jest przemysłowo stosowany do oczyszczania wody pitnej, ale nie jest niczym traktowany (np. nanosrebrem dla przedłużenia żywotności), więc jest całkowicie bezpieczny i wiele produktów aptecznych zapewne zawiera taki sam. Piszę zapewne, bo producenci oczywiście nie udzielają takich informacji, a cała moja wiedza na ten temat polega z własnego sprawdzania – np. wiem u jakiego producenta węgla dana firma farmaceutyczna się zaopatruje, a ten z kolei podaje (a jak nie podaje po dobroci, to są np. prace naukowe o impregnowaniu węgla aktywnego, których autorzy dostali od niego potrzebne dane...), jakie rodzaje węgla i czym traktowanego sprzedaje do jakich zastosowań. 
Przy tym, sto lat temu, gdy większość interesujących nas zastosowań węgla aktywnego była już dobrze znana, nie było w ogóle takiego wyboru, i węgiel aktywowany był albo zwykłym węglem drzewnym, albo co najwyżej różnił się metodą aktywacji, co sprowadza się do różnic w samej tylko skuteczności, czyli dawkowaniu. Wracając do przykładu z grypą, WG-12 dawkuję tak samo jak produkt farmacji, a takiego samodzielnie zrobionego wziąłbym dwa razy tyle.
I już zupełnie na koniec ważna uwaga dotycząca wszelkich zastosowań wewnętrznych węgla aktywnego. Trzeba pamiętać o tym, że jest on jest szczotką wymiatającą wszystko odpowiednio małe, co spotka na swej drodze. Jeśli zatem łykamy go np. po to, by usunął wirusy grypy i toksyny spowodowane przez nie, to w tym czasie nie jemy! Inaczej węgiel wyłapie zamiast tego różności z jedzenia i terapia okaże się nieskuteczna (z resztą w przypadku podobnych choróbsk wypada tak czy inaczej mocno ograniczyć jedzenie). Podobnie w stosowaniu leków, nie należy łączyć ich z węglem, bo ten może np. najpierw wyłapać składniki aktywne leku i skutki będą odwrotne do zamierzonych. A po skończonej kuracji wypada łykać więcej probiotyków, bo węgiel wprawdzie nie wytrzebi flory jelitowej aż tak jak antybiotyk, niemniej i te bakterie, potrzebne nam, również będzie wyłapywał i usuwał z organizmu.
 
  
1 Tym razem wyjątkowo tylko jeden przypis. Historia P-F Touéry'ego zrobiła na mnie wrażenie i jest dosyć znamienna. Ten naukowiec, m.in. odkrywca kazeiny, prowadził liczne badania i eksperymenty, przy tym aktywnie pracując społecznie, gdzie był przykładem szlachetności, poświęcenia i skromności. Badania nad węglem aktywowanym naprowadziły go na metody neutralizacji strychniny i kantarydyny, którymi próbował zainteresować francuską Akademię Medyczną i Paryskie Towarzystwo Farmaceutyczne. Cytowany powszechnie – także przeze mnie przykład z połknięciem na oczach członków Akademii strychniny i zneutralizowanie jej węglem nie był cyrkową zagrywką obliczoną na efekciarstwo, ale wyrazem frustracji człowieka przekonanego o wadze swojego odkrycia, któremu skończyły się metody dotarcia do środowiska naukowego. Otóż pierwotnie Touéry dokonał pokazu na psie, jednak uczeni nie potraktowali go poważnie, twierdząc, że nie da się udowodnić, iż zwierzę faktycznie połknęło truciznę. Dopiero po tym, powtórzył pokaz na sobie, zwielokrotniając dawkę, w sposób który rozwiewał wszelkie wątpliwości. Mimo to jego praca została zignorowana, głównie za sprawą największego francuskiego eksperta tej dziedziny tamtych czasów, Mathieu Orfila'i, toksykologa i twórcy medycyny sądowej. Rozczarowany Touéry zakończył próby zainteresowania środowiska naukowego swoimi osiągnięciami, skupiając się na wykorzystaniu ich w praktyce – z powodzeniem leczył ludzi w swoim okręgu. Został uznany lokalnie – w jego domu w Solomiac po śmierci uczonego wywieszono tablicę o treści ”Obdarzony najwyższymi cnotami, naukowiec tak znakomity, jak był skromny, udowodnił, że węgiel jest powszechnym antidotum. Jego dzieła i odkrycia czynią go dobroczyńcą ludzkości”. Mimo to faktycznego uznania jego pracy nauka dokonała dużo później i to nie we Francji. Tak naprawdę stało się to na łamach Journal of American Medical Association, dopiero w 1984 roku... Co ciekawe, bardzo często pisząc o węglu aktywnym, cytuje się tę historię o połknięciu przez niego strychniny na oczach członków Akademii, ale myląc wszystkie szczegóły – czyniąc z Touéry'ego profesora, myląc rok, miejsce, dawkę itd.
 
 

 

Kasza gryczana, prażona, najlepsza na Świecie

 
Od kilku lat męczy mnie kwestia z jednej strony braku powszechnej znajomości gryki, a z drugiej jej jeszcze bardziej powszechnego skażenia roundupem. Chwaląc ją, trzeba ostro zaznaczać, że tak – gryka!, ale tylko z pewnego, wolnego od kropienia trutką źródła. W końcu trafiłem na nie dość, że bezpieczną, to kapitalną w smaku kaszę od pana Jurka Kowalczyka. On sam - będę go jeszcze cytował – zwraca uwagę, że prażył ją mistrz w tym fachu, a ja przeprowadziłem degustacje na kilkudziesięciu już osobach – i nikt nie podważył mojej tezy, że istnieje jakaś lepsza, przeciwnie, nawet weterani rynku młynarsko-kaszowego pokazywali uznanie. Zatem wpadło mi w ręce doskonałe narzędzie do promocji gryki, przy okazji zwracania uwagi na kwestię roundupu.
Gdybym miał czas, napisałbym książkę o tej roślinie, jest dość interesującego materiału. Ale go nie mam, więc wyprodukowałem poniższy tekst, koncentrując się na tej konkretnej kaszy gryczanej: najlepszej na Świecie. 

Uwaga: wysyp ciekawostek zaowocował róznymi dygresjami i wtrąceniami. Dla przejrzystości umieściłem większość z nich w formie przypisów, mam nadzieję że w postaci hiperlinków powinny być wygodne w obsłudze. Wystarczy kliknąć w numerek przypisu, jak ten po prawej, minuspierwszy i ...: -1,
 

Oh, my Kash!0

Co wiemy o kaszy gryczanej? Sporo, bo to fantastyczna kasza. Ale nie dość sporo.

Gryka zwyczajna, z której robi się kaszę, należy do rdestowatych. To znaczy, że jest mocna, samodzielna, odporna na choroby, uprawiana potrafi zdziczeć i radzi sobie na własną rękę. Jest łatwa w uprawie, wystarczy słaba, nawet kwaśna ziemia, byle wody miała dosyć.
To roślina zdecydowanie jadalna – ma mnóstwo zastosowań, od zup, przez dania główne, po desery, ale też paszowa, miododajna, lecznicza itp. itd. Nic dziwnego – do wojen światowych była podstawą wyżywienia znacznej części globu1. Pod względem produkcji gryki zwyczajnej Polska jest piąta na świecie, po Rosji, Chinach, Ukrainie i Francji, zaraz przed USA2. Tylko że gryka francuska, amerykańska, podobnie zresztą jak w innych krajach przemysłowego rolnictwa, ma wielką wydajność, przy marnej jakości, co sprowadza ją do roli rośliny pastewnej. Nie wiem jak wyglądamy pod względem produkcji kaszy gryczanej palonej, ale zakładam, że należy się trzecia lokata po Rosji i Ukrainie.3 W Polsce centrum uprawy to Lubelszczyzna, z zagłębiem kaszarskim w okolicy Janowa Lubelskiego. Ale ta, którą uważam za najlepszą, pochodzi z Juliopola, gm. Siemień, niecałe 50 km na północ od Lublina4.
Z bliska wygląda tak:
kasza gryczana z bliska
 
O zaletach innych surowców pozyskiwanych z gryki napiszę przy innych okazjach5 – jest cenne ziele, jest kasza niepalona, jest kasza krakowska6. Jest mąka7. Jest też cała historia gryki - tatarki albo hreczki. Ta ostatnia, gryka zwyczajna jest źródłem terminu hreczkosiej, co świadczy o tym, jak ważna była ta roślina kiedyś w naszym rolnictwie. Tak samo, jak kolejna, popularna na Świecie jej nazwa: czarna pszenica.
Wracając do samej kaszy zwanej też grucą, poganką, pogańskimi krupami...8
Kasza gryczana bogata jest w: błonnik (ok. 6%), sole mineralne (od tych wpływających na odporność: wapń, fosfor, magnez, po żelazo, nikiel, kobalt, miedź, cynk, bor oraz jod), witaminy (B1, B2, P i PP - cały zestaw dobry dla układu nerwowego), to też jedno z najlepszych źródeł rutyny, a także innych polifenoli, kwercetyny i kwasów organicznych. Prawie 70% ziaren to węglowodany, aż kilkanaście procent białek (w Polsce ok. 13%) i ok. 3% tłuszczów. Białka gryki są cenniejsze niż białka zbóż, a zbliżone wartością i strawnością do białek roślin strączkowych.
Jest dobrze, ale to nie wszystko:
  •  Kasza gryczana nie zakwasza organizmu - w przeciwieństwie do innych kasz9,
  •  Nie zawiera glutenu, w diecie bezglutenowej można grykę wrzucać w każdej postaci10,
  •  Pasuje do lekkich w kalorie diet – 100 g to 336 kcal (sucha, ale już tylko 92 kcal po ugotowaniu), przy dużej zawartości błonnika.
 
Kasza palona, prażona jest mniej wartościowa, ponieważ w procesie podgrzewania ginie część składników, w zamian za smak. Jest to kompromis, przyznaję. Ale osobiście idę na niego11, ponieważ przyglądnąłem się różnicom składu między kaszą nieprażoną i prażoną1– i nie jest to kompromis dyskwalifikujący: jakieś 2% mniej białek, w zamian za parę więcej węglowodanów. Oczywiście odrobinę mniej tłuszczu i wody, mniej witamin B2 i B3 - ale za to więcej B1 i B6. Makroelementy trochę gorzej, zwłaszcza mniej potasu, w którego miejsce troszkę więcej sodu. Mikroelementy bez większych różnic.
Ponadto medycyna ludowa13, podaje zalety właśnie takiej, prażonej kaszy: jest pokarmem rozgrzewającym oraz tamującym nadaktywność różnych naszych rurek – czy to zbyt obfite miesiączki, czy biegunkę14.
Reasumując, w odróżnieniu od zwykłej, białej pszenicy – czarna pszenica, gryka to samo zdrowie15. Prawie samo, ale o tym za chwilę.
 gryka w polu z pixabay.com
Wróćmy do smakowitszych walorów mojej ulubionej kaszy gryczanej. Najlepiej będzie zacytować jej wytwórcę, pana Jerzego Kowalczyka, działającego pod marką ETNO Szopa:
Kasza gryczana – prażona, z naszego gospodarstwa, została pozyskana z gryki, która rosła bez grama nawozów i środków ochrony roślin. Przed zbiorem nie była randapowana, wysuszona na słońcu. Wieloletni kaszarze z Górki Lubartowskiej są nią zachwyceni. A prażył ją 70-letni Kazimierz Sobich, najlepszy kaszarz w województwie lubelskim, albo i w całym kraju.
Spróbujcie „na surowo”, nie można zapomnieć smaku! (Można codziennie rano jeść „na surowo” garstkę albo łyżkę, tak robią starzy kaszarze i do długich lat zachowują młody wygląd).
A gdy ją zjecie po ugotowaniu, nie będziecie mogli przestać myśleć o następnym posiłku z naszej kaszy.
Sposób przyrządzania:
  • Dwie części wody
  • Jedna część kaszy (szklanka wystarcza na obiad dla dwóch osób i jeszcze zostaje)
  • Pół łyżeczki soli
Osoloną wodę doprowadzamy do wrzenia, wówczas wrzucamy kaszę i przemieszujemy, zmniejszamy ogień, żeby woda tylko bulgotała, gdy kasza wchłonie całą wodę (nasza dość szybko się gotuje, 10-15 minut), zdejmujemy garnek z ognia – można jeść, a jak kto woli to może jeszcze przykryć na parę minut garnek pokrywką.
Trzy łyżki tak ugotowanej suchej kaszy i kawa i już śniadanie gotowe, można wskakiwać na traktor, głodu nie czuć po takim posiłku 3-4 godziny.

Pozdrawiamy i życzymy smacznego
Iwona i Jerzy Kowalczykowie15a
 

Teraz o wadach kaszy gryczanej. Albo dodatkowcyh zaletach, zależy z której strony patrzeć.

Otóż, w kapitalnym artykule Alchemiczna pochwałą gryki Andrzej Kozłowski pisze m.in. tak16„O tym, że jest to roślina szczególna, świadczy niepowtarzalny w smaku miód. Ludzie jedzący grykę staja się waleczni, przedsiębiorczy i nie zasklepieni w sobie. Trochę nieobliczalni. Mocni wewnętrznie”.
Zatem, jeśli bardzo chcecie stać się waleczni, przedsiębiorczy, nie zasklepieni w sobie, trochę nieobliczalni, mocni, to po pierwsze – testuję na sobie, wygląda na to, że działa, ALE zaznaczam, że nie należy przeceniać tych cech :) Ale, po drugie, ostrzegam przed radykalizmem: jeśli chcecie za bardzo się wzmacniać, mężnieć, czy w ogóle stać się nie tylko trochę, ale kompletnie nieobliczalnymi szajbusami - w tym celu wcinając samą grykę, to jest mały problem.16a Otóż są w gryce takie substancje, odkryte chyba tylko w niej, które nazywa się fagopirynami17. Mają one następującą właściwość: kiedy gryka i jej pochodne całkowicie dominują w pożywieniu, dochodzi do tzw. fagopiryzmu17a. Skóra hreczkożera17b robi się bardziej podatna na oparzenia słoneczne, wzrasta też wrażliwość na zimno. Widać więc, że nie jest to jakaś katastrofa17c. Jak ktoś się boi trudnej do wystąpienia sytuacji przedawkowania18, to i na samej gryce waleczny się nie stanie... I objawy nie są straszne, a przy tym odwracalne.

A że nie wszyscy marzą o męstwie i walce, hedonistkom i zmęczonym obydwu płci polecam inny artykuł doktora Kozłowskiego pt. Kąpiel w gryce to najprzyjemniejsza z kąpieli :)
 

I na koniec gwóźdź prog...   do trumny. Czyli desykacja.

Ja nazywam ją roundupa19.
Chodzi o pryskanie ziaren flagowym produktem najbardziej korporacyjnej z korporacji: Monsanto20. Słyszeliście o Roundupie w gryce i rzepaku? Wiele osób wciąż nie wie, co zjada. Żeby w skrócie przedstawić tu problem, polecam dobry artykuł na ten temat w Nowej Trybunie Opolskiej z 2013 roku. Tu zacytuję tylko mój "ulubiony" fragment:
Adam Koryzna, rolnik i działacz stowarzyszenia "Koalicja na rzecz Nowoczesnego Rolnictwa", nie widzi niczego złego w stosowaniu roundupu na krótko przed zbiorem plonów. Nawet jeśli rzepak jest później wykorzystywany do produkcji oleju lub margaryny. - Dopóki preparat jest dopuszczony do użytku w Polsce, ja będę go używał zgodnie z informacjami na etykiecie - mówi Koryzna. - Pryskam nim rzepak już od ponad 20 lat i daje to znakomite efekty. Koryzna pytany, czy słyszał o negatywnych opiniach dotyczących roundupu, odpowiada, że są one przesadzone21
 
Kasza gryczana jest, jak widać, wspaniałym jedzeniem. Upraszczając trochę, ale zbytnio nie zmieniając ogólnego obrazu mogę napisać, że: do końca XIX wieku stanowiła ona podstawę żywienia wielkiej części Świata. By to zmienić, by uzależnić rolników i konsumentów22 od opartego na chemii przemysłu, usunięto grykę - czarną pszenicę, zastępując ją białą, przemysłową pszenicą, z wszystkimi jej wadami - zależnością od herbicydów, biedniejszym składem, glutenem-mutantem itd. - i jedną zaletą: wydajnością z hektara...23 Roślina o wszystkich tych właściwościach bardzo ograniczała potencjalne zyski różnych gałęzi przemysłu opartych na patentowanych syntetykach. Nie poszło z nią tak łatwo, jak z psychoaktywną konopią24, więc wyrugowanie trwało dużej i miało inny schemat – zastąpiono odmiany zdrowe, bogate pastewnymi, obficiej plonującymi, plus wspomniana już ekspansja glutenowej pszenicy. A teraz, kiedy gryka zaczęła wracać do łask, bo każdy szukający zdrowego jedzenia, prędzej czy później pozna właściwości tej roślinki, to jest ona skażona glifosatem... Fani „ekologicznego jedzonka” jedząc skupową kaszę kastrują chemicznie siebie i swoje potomstwo. Nie wiedząc, bo o tym się nie mówi, bo mamy ważniejsze problemy teraz...
 
Przypisy:

-1 
...by treść przypisu znalazła się na górze ekranu. Teraz wystarczy kliknąć znowu na -1 po lewej, by wrócić do punktu wyjścia... 

0
 oh, my kash! - ładne hasło reklamowe? Staram się unikać anglicyzmów, ale to wyszło bardzo sympatycznie, przy okazji występu Teatrzyku Warzywnego - doskonałej tajnej broni Kooperatywy Lubelskiej. To oni stworzyli to hasło - i wywołało spory entuzjazm, niezależnie od wieku odbiorców.

A przy okazji - to ona zwalczała chwasty zanim pojawiły się chemiczne herbicydy, czy pomagałą zapobiegać nadwadze, cukrzycy, nowotworom...
Dane z 2014 r.
To na ziemiach dawnej, znacznie większej Rzeczypospolitej i na Rusi robiono z gryki kaszę – to jest źródło kashy, to dzięki emigrantom z Rosji, Polski i Ukrainy Stany Zjednoczone mają kaszę gryczaną. Jesteśmy jej wszechświatowym epicentrum.
Wygląda na to że okolice Lubartowa to drugie zagłębie – muszę to jeszcze sprawdzić...
Choć wystarczy samemu poszukać, informacji jest dość, sam podaję dalej trochę linków.
6 Królewska kasza, ze względu na uwielbienie jej przez Jagiellonów.
7 Z resztą gryka jest zaliczana do pseudozbóż, jak np. komosa.
8 Co też świadczy o starożytności hodowli tej rośliny...
9 Nie mylić z zakwaszaniem żołądka.
10 Czy też tam, gdzie chcemy zmniejszyć jakiekolwiek stany zapalne w organizmie.
11 Zwłaszcza, że jem też grykę nieprażoną.
13 A bardziej prawidłowo – medycyna nierockefellerowska.
14 W przypadku tej ostatniej sam odwar.
15 Sporo bardzo ważnych zalet gryki i kaszy z niej robionej znajduje się w artykule Poczty Zdrowia: Gryka ofiarą dietetycznego apartheidu - który mocno polecam – z braku czasu sam nie ująłem ich tutaj, ale są tak samo cenne.
15a Tak na marginesie - widzicie, jak różni się tekst promocyjny (to po prostu cytat z maila w którym pan Jurek chwalił znajomemu swoją kaszę) napisany przez normalnego wytwórcę normalnej gryki, od tekstów promocyjnych pisanych przez sztaby marketingowców? Ile ci musieliby zarabiać, żeby taki poziom osiągnąć? Monsanto nie byłoby stać na tak przekonujących fachowców ;)
16 https://akozlowski.wordpress.com/2012/09/25/alchemiczna-pochwala-gryki/ - który oczywiście polecam (jak i cały blog Autora!). Jak wyżej - najchętniej zacytowałbym go tu całego, ale tak się nie robi, a przy tym bardzo zachęcam do zapoznania się z całością, dlatego daję tylko krótki cytat dla zachęty do jej przeczytania.
16a Pominąłem oczywisty fakt, że nieobliczalność potrafi być dla każdego bardzo bolesna - fizycznie, psychicznie i/albo finansowo. Więc ostrzegam, są minusy.
17 Niestety moja znajomość chemii nie pozwala na lepsze wyjaśnienie czym jest coś, co wprawdzie można zapisać jako 1,3,4,6,8,13-Hexahydroxy-10,11-dimethyl-2,5-di(piperidin-2-yl)fenantro[1,10,9,8-opqra]peryleen-7,14-dion - ale już nie wymówić, a już na pewno nie z pamięci... choć da się też prościej: C40H34N2O8, czyli jakiś izomer pochodnej jednego z węglowodorów aromatycznych...
17a Tak to się nazywa w literaturze, spolszczam na bieżąco - i nie robię sobie jaj, choć tak te nazwy mogą wyglądać...
17b Teraz już robię sobie jaja, ale tylko słowotwórcze.
17c Dla wampira czy trolla to w ogóle żadna nowość.
18 No chyba, że ktoś w sezonie obżerałby się kwiatami gryki, które fagopiryn mają najwięcej.
1W którą kopani są (w przenośni, czyli boli niby słabiej, przynajmniej na początku, ale bywa że przez resztę życia) klienci kupujący sklepowe (czyli takie, które przeszły przez skup) produkty z gryki i rzepaku.
20 Która niedawno została przejęta przez Bayera, więc można powiedzieć, że wszystko wróciło do macierzy IG Farben.
21 Skąd rolnik i działacz, choćby i wieloletni, czerpie wiedzę o tym, czy negatywne skutki roundupu są przesadzone czy nie? Zgaduję, że od producenta, w końcu to on przoduje w ilości i finansowej "jakości" badań nad glifosatem. I to jego opiniom najłatwiej dotrzeć do rolników. A skąd rolnik czerpie zaufanie do produktów Monsanto? Najwyraźniej zna dotychczasową historię korporacji i liczy, że tym razem, w końcu, to już nie trwające dekady kłamstwa, przekupstwa, oszustwa, fałszowane badania, ostatecznie przegrane wyroki sądowe z powodu coraz większej liczby ofiar, tylko szczera prawda - tym razem Monsanto na prawdę ma produkt bezpieczny dla ludzi i zwierząt. A te tysiące Hindusów, które wypiły go w aktach samobójstwa z rozpaczy, to jacyś szaleńcy, jakieś masowe urojenie.
22 Innymi słowy, trochę znowu reasumując - mężnych, choć z lekka nieobliczalnych Słowian - hreczkożerców, zamieniono na koniec, po wcześniejszym stosowaniu różnych innych sztuczek, w otyłe, ciężko chodzące stany zapalne. Wciskając im białą pszenicę w miejsce czarnej.
23 Przypomnę, że kiedyś uprawiano na wielkich obszarach grykę i zboża, bez chemicznych środków chwastobójczych – to gryka zabezpieczała uprawy przed chwastami.
24 Na jej, czy raczej nas, ludzi nieszczęście, skoro stał się to pretekst do łatwego zdemonizowania jeszcze cenniejszej od gryki rośliny.
 
 
 
 
 
 
PL
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
30:26 / 1:10:42
 

Arkadiusz Uznański - Jak stosować marihuanę do celów leczniczych?

 
(C) Marcin Bogacz – cokolwiek jest udostępniane w domenie bogacz.pl i zdrowamoc.info, zrobiłem sam, albo podaję autora. Jak chcesz coś skopiować, najpierw zapytaj czy możesz; nie możesz, dopóki nie dostaniesz zgody.